piątek, 30 grudnia 2011

sześć

W moim nowym, ale już nie tak najnowszym otoczeniu zaczynam lubić i nie lubić. Czy to zadawnione nielubienie/uwielbienie, czy jakieś świeże podstępne maruderstwo? Myślę, że stara gwardia powoli dostosowuje się do nowych okoliczności. Jak choćby to:
Nie przeszkadzały mi dotychczas jakoś szczególnie zatłoczone ulice czy alejki sklepowe, a teraz potwornie mnie męczą. Ale zbieram się w sobie, bo jakże to nie tolerować tłumów z milionowej metropolii. Redukuję zatem moje nielubienie do poziomu antypatii dla osobników nie raczących nawet wymamrotać „przepraszam”, kiedy trącą mnie ramieniem płynąc pod prąd w ludzkiej ławicy.
Albo nie lubię dźwięków sąsiadów, bo przypominają mi, że za oknem nie ma ogródka z hamakiem i psiakiem rozgrzebującym rudawe grudki ziemi.
I jeszcze nie lubię pokruszonych chrupek na dnie paczki. I szczekających klaksonów. I proszonych kolacji. I niedopowiedzeń.
Nie lubię w nadmiarze.
A lubię szwadrony mew nurkujących w rzeczny nurt – jak zsynchronizowana zabawa w berka. Lubię też świecące bielą skały, jak odłamki antycznych domów, na naszym sekretnym polu piknikowym. I lubię pomarszczone ze starości domy na starym mieście, których okna wyciągają szyje daleko w głąb ulicy jak na Moście Złotników we Florencji. I jeszcze lubię naszyjniki suszonych bakłażanów.


I ciepły chleb z wiejskim masłem. Pytania i odpowiedzi. Eklery, białe ciastka i pistacje.
A najbardziej lubię kiedy Ptaszysko przymyka ciasno oczy i układa wargi i zęby w rogalik śmiejąc się bez opamiętania.

czwartek, 29 grudnia 2011

Flagę na maszt

Nie wiem czy Turcy kochają swój kraj. Odpowiedź na takie pytanie jest zawsze mocno zindywidualizowana. Z pewnością jednak szanują i identyfikują się z jego symbolami. Nie maja ich zbyt wiele. Być może tu leży klucz do sukcesu.
Dwa symbole, często splecone w jeden. Czerwona flaga z białym półksiężycem i gwiazdą, to pierwszy. Wizerunek Mustafy Kemala Atatütrka, to drugi. Oba są świętością o równym ciężarze znaczeniowym. Bez dyskusji. Kropka.


W Polsce flagi trzepoczą w oknach domów delikatnie to ujmując, okazjonalnie. Nawet Dzień Niepodległości czy Święto Konstytucji 3 Maja nie wzrusza nas do tego stopnia by masowo „wywiesić flagi”. Musi tragicznie zginąć prezydent kraju wraz z 90-siecioma towarzyszami podróży służących państwu intelektem czy sercem, by powiało biało-czerwono (z czarnym kirem oddającym ekstremalną dramaturgię sytuacji). Żyjemy trochę w świecie a mniej we własnej ojczyźnie uprawiając krypto-patriotyzm w masce kosmopolitów. Paradoksalnie jednak silnie demonstrując szeroko pojęty lokalny patriotyzm. Sama jestem bardziej z nad Noteci niż z Polski. Nie lubimy ogólników, wgryzamy się szczegóły.


Inaczej niż w Turcji. Kraj, z jego wadami i pięknem definiuje każdego Turka. To żadem wstyd, to powód do dumy. Stąd wszechobecne symbole. Te dwa symbole właśnie. Oprawiony w ramy Atatürk jest obowiązkowy w każdym lokalu użyteczności publicznej – w banku, u fryzjera, u kowala, u notariusza, u gastrologa. Bez wyjątków. Każda szkoła szczyci się popiersiem czy płaskorzeźbą wodza. W każdej miejscowości stoi dumny pomnik (Atatürk zamyślony, Atatürk w otoczeniu dzieci, Atatürk uśmiechający się spod uniesionych oczu). Trochę jak Jan Paweł II w Polsce, bo i postaci równoważne.



Nakazy, regulacje i ustawy znacznie łagodniej traktują flagę a jednak jest jej w Turcji nie mniej niż Ojca Turków. Głęboko zakorzeniony respekt dla, nomen omen, biało czerwonych barw narodowych, a co za tym idzie nieustająca radość i duma z ustanowienia w kraju republiki (w 1923 roku!), powodują, że gdzie wzrok nie zbłądzi tam turecka flaga. Powiewają na skąpym wietrze trochę w amerykańskim stylu, choć jak dla mnie jednak nieco mniej nachalnie i bardziej szczerze. We wszystkich rozmiarach. Bezustannie. Z okazji nielicznych świąt narodowych (Dzień Republiki, rocznica śmierci Atatürka), w obliczu nieprzewidywalnej katastrofy, czy kiedy gdzieś na wschodzie ginie turecki żołnierz. A często i bez okazji. Nie ma w niej nic z publicznego obnażenia czy szczypiącej w oczy manifestacji. Jest za to coś poruszającego w tej wierności, bo jest bezinteresowna, nie wymagająca wysiłku.


Zazdroszczę Turkom tej patriotycznej odwagi. Czuję się przy tym jak ostatnia gapa. Stąd, choć z natury socjopatycznie unikam symboli jak ognia, to 11 listopada uroczyście wywiesiłam polską flagę na tureckim balkonie. Z niecierpliwością czekam do maja na kolejną demonstrację mojej narodowości. Patriotyzm bywa jak się okazuje zaraźliwy.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Gentleman ze znaku drogowego

Nie zawsze udaje mi się zauważyć małe cudeńka, smaczki ukryte w miejscach najbardziej dostępnych dla oka – oczywistych dla tubylca a jednak odkrywcze dla „tego obcego”. Raduję się zatem niezmiernie z okazji tych nielicznych odnotowanych przeze mnie ciekawostek.
Wpatrywanie się z zapałem maniaka opłaciło się dojrzeniem czarnego od stóp do głów gentelmana w meloniku i pięknie skrojonym garniturze. Trochę Jasio Wędrowniczek z etykiety na butelce whiskey. A trochę Cary Grant z czarno-białego filmu. Nie chodzi zatem zupełnie o postać z krwi i kości, ale o malunek na znaku drogowym. Znaku przejścia dla pieszych gwoli ścisłości.


Podczas gdy dookoła (w odczłowieczonej nieco Europie) czyni się starania odczarowania wszystkiego co wydawać się może seksistowskie, łącznie z depersonifikacją bogu ducha winnych znaków drogowych, w Turcji nadal jeszcze można znaleźć eleganckie wersje europejskich kuzynów. Zresztą dotyczy to nie tylko gentelmana w meloniku indykującego popularną zebrę. Drogom i uliczkom nieopodal przedszkoli czy szkół często towarzyszą znaki, na których dziewczynka (urocze wstążki we włosach jak na filmach z lat 50-tych i rozkloszowana spódniczka) i chłopczyk (oczywisty kontrast) z teczkami w rękach beztrosko przebiegają na drugą stronę ulicy.


Na innej ulicy, tej rozkopanej i okupowanej przez robotników drogowych (przypadłość jak najbardziej uniwersalna i mocno międzynarodowa) czaruje znak drogowy z cienistą postacią umięśnionego robotnika z równo zakasanymi rękawami koszuli, zapamiętale kopiącego wielki rów, jak to i mają w zwyczaju robotnicy z krwi i kości.


I ja to zauważam. I mi się to niezmiernie podoba. I chcę tak w Europie. I na tym kropka.

czwartek, 1 grudnia 2011

Ozłocone

Nie będę opisywać tradycyjnego tureckiego wesela. Nie zamierzam poświęcać uwagi strojnych aż strach bezowych sukienek błyszczących w słońcu jak lusterka samochodów. Nie interesują mnie karnawałowy makijaż i cyrkowo natapirowane fryzury panien młodych, które trudno rozpoznać spod niemałej warstwy lakieru do włosów i brokatu na policzkach. Nie chcę skupiać się na kiczowatym ślubnym orszaku, który otwiera przebrany jak na bal konik zaprzężony w bryczkę w indyjskim stylu – bajkowo kolorowe bohomazy i uroczo pobrzękujące dzwonki. Ani na obowiązkowych fajerwerkach. Ani muzyce na żywo. Ani nawet szybujących w niebo banknotach na chwałę pary młodej.
Moją uwagę przykuwa… złoto. Nie sposób nie zauważyć, ze ten cenny metal ma duże wzięcie w Turcji. Przechadzając się zmaltretowanymi uliczkami Starego Miasta, gdzie nie zbłądzi wzrok tam jubiler czy sklep z błyskotkami ze złota. Nasłoneczniona żółcią bransoletek (bilezik), łańcuszków (kolye) czy kolczyków (küpe) szukam czegoś dla siebie.
Zaraz, zaraz. Przecież ja nawet nie lubię złota! Pokonała mnie wirusowa gorączka złota? Presja otoczenia? Nie do końca.
Żelazna zasada głosi, że w prezencie ślubnym powinno się pannę młodą ozłocić. Nie żeby ją jakoś szczególnie wyróżnić, choć i to na pewno też. Złoto ma zabezpieczyć jej przyszłość. Panu młodemu od niego wara. I choćbym marzyła o zmywarce albo wakacjach na Teneryfie z pewnością wyląduję ze złotym ubezpieczeniem na życie. Szlachetna to inicjatywa, a co ważniejsze tłumnie realizowana. Turczynki są bezwzględnie ozłocone. Wystarczy przyjrzeć im się nieco bliżej, choćby z na wpół domkniętego oka: brzęczące wzorzyste bransoletki na nadgarstkach sprzedawczyni w supermarkecie, zmatowiałe złote kolczyki w uszach babć sunących cierpliwie w kierunku bazaru, obowiązkowe amulety Nazar w złotej oprawie na szyi fryzjerki.
I tu też leży geneza moich poszukiwań. Świeżo upieczona mężatka, a zatem obowiązuje mnie złota zasada. Z dobrymi kilkoma lirami w kieszeni sprezentowanymi z okazji małego wielkiego dnia wyruszam na łowy.

środa, 30 listopada 2011

pięć

Najnudniejsze dni mają swoją głęboko zaszyfrowaną wyjątkowość. Trudno w to uwierzyć, kiedy przemykają tak szybko lub tak wolno i tak bez znaczenia. Identycznie nudnawe, monotonne – raz chłodne raz ciepłe, i nic poza tym. A jednak, właśnie dla przełamania tej szarości w codzienności otwieram szerzej oczy aby widzieć wyraźniej. Żeby dojrzeć tę wyjątkowość.


Mam cię!
Dziś po raz pierwszy - bardzo oficjalnie, bo i na papierze - zastosowałam odważnie moją nową tożsamość! Odbierając pocztę poleconą z wielką żółtą pieczęcią „POTWIERDZENIE ODBIORU” podpisałam się Panu Kurierowi na liście obecności króciutko, zupełnie inaczej niż zwykle. Abstrakcyjne dotychczas poczucie przynależności w majestacie prawa nabrało namacalnych kształtów. My to my. Wcześniej i teraz są jak odbite kalką – różnice są tak subtelne, że niedostrzegalne.
I jedną z tych miniaturowych różnic dostrzegłam dziś. Nazywam się inaczej i to jest już tą nie tylko oficjalna, ale i normalną wersją.
Nudny, słoneczny dzień jak co dzień rozszyfrowany.
Ujawniłam się. A że mało czytelnie (ręka obowiązkowo zadrżała), pal licho.

wtorek, 29 listopada 2011

„Lucy in the sky in diamonds” The Beatles


A ja sie wcale nie wstydzę i przyznam, że od zawsze uważałam, że “Lucy in the sky with diamonds” jest o bardzo wesołej, urokliwej i ślicznej dziewczynie w krótkiej sukience, która z dziecięcą naiwnością odkrywa świat.
A tu taki klops.
Podobno jednak zanim oczywistość stała się oczywista w tej piosence, była sobie prawdziwa Lucy. Mała dziewczynka z przedszkola zilustrowana (a właściwie najpewniej nabazgrana) na kartce papieru przez syna Johna Lennona w przedszkolu właśnie.
No dobrze. Historia historią, ale tekst jest niezaprzeczalnie najsłodszym obrazem narkotykowego doświadczenia z jakim miałam do czynienia (dotychczas; Kerouac jeszcze nie ruszony). Mistrzostwo świata w epitetach i porównaniach.

Picture yourself in a boat on a river,
With tangerine trees and marmalade skies.
Somebody calls you, you answer quite slowly,
A girl with kaleidoscope eyes.

Cellophane flowers of yellow and green,
Towering over your head.
Look for the girl with the sun in her eyes,
And she's gone.

Karuzela osobliwości! Odstawiam na boczny tor logikę i rozsądne rozumowanie. Nie mam wyjścia. Jakieś przedziwne słowa podążają za mechanicznym plumkaniem melodii – mandarynkowe drzewa, celofanowe kwiaty?

Lucy in the sky with diamonds,
Lucy in the sky with diamonds,
Lucy in the sky with diamonds,

Follow her down to a bridge by a fountain,
Where rocking horse people eat marshmallow pies.
Everyone smiles as you drift past the flowers,
That grow so incredibly high.

Newspaper taxis appear on the shore,
Waiting to take you away.
Climb in the back with your head in the clouds,
And you're gone.

Picture yourself on a train in a station,
With plasticine porters with looking glass ties.
Suddenly someone is there at the turnstile,
The girl with kaleidoscope eyes.

A swoją drogą piosenka jest genialnym treningiem dla wyobraźni. Choćby przez te trzy ulotne minuty mogę nadwyrężać komórkę po komórce fantazjując na temat przechodniów na biegunach zajadających się plackami z pianki i dziewczynie z kalejdoskopowym pejzażem w oczach. Przez moment idę pod rękę z Timem Burtonem i Terrym Gilliamem.
I choć nie potrafię uwolnić się od raz nabytego skojarzenia z LSD, „Lucy in the sky with diamonds” zapisuję w głowie pod „wrodzona chagallowska naiwność przedszkolaka”.

http://www.youtube.com/watch?v=A7F2X3rSSCU

niedziela, 27 listopada 2011

cztery

Czytam sobie prasę. I choć doskonale wiem, że kiedy reporterzy wychwycą pewien nic nieznaczący, głupawy temat chuchają na niego i dmuchają aż rozniecą porządne ognisko. Trzymają się go kurczowo łapiąc za słówka, przypominając dawno rozgrzeszone błędy i powołując się na kolejne średnio-profesjonalne analizy celują w zamęczeniu mnie kompletnym idiotyzmem.
Mimo to, przeglądam prasę.
Znajduje mnie artykuł o bezdomnych psach na Ukrainie. „Znajduje mnie” ponieważ bije po oczach wielką czcionką na żółtym tle – temat dnia. Żadna tam Libia, Syria czy zabawy klockami w strefie euro. Psy. I to te feralne. Fakty są takie – państwo „oczyszcza” ulice wielkich miast z bezpańskich zwierząt. Wyłapane gdzieś we wstydliwych kątach Kijowa czy innego tam Doniecka są najzwyczajniej zabijane, zakopywane lub kremowane. A wszystko to dla dobra pozorów. Takie jest priorytetowe zadanie gospodarza Mistrzostw Europy w piłce nożnej 2012. Jak się okazuje czystość , zdrowie i higiena, która nakręca mechanizm zwierzako-destrukcji nie znaczy już „śmieci w śmietniku, pachnące dłonie”, bo przecież to zależy od ludzi jest więc nieosiągalne. Dajmy w kość psom i kotom. Sukces gwarantowany.


I jest to zatrważająca informacja. Ale mnie nie porusza. Kręcimy się w kółko. Olimpiady, mistrzostwa, festiwale, szczyty polityczne - igrzyska są dla ludu; zwierzętom wstęp wzbroniony. Jean Rolin, nomen omen dziennikarz i reporter, napisał o tym bardzo rozczarowującą, a jednak nieco pouczającą książkę („I ktoś rzucił za nim zdechłego psa”) . Choć to nie ładnie, nie tragicznie zakończony żywot zdziczałych ukraińskich psów czy kotów prowokuje refleksję po przeczytaniu ryczącego wielką czcionką artykułu. Myślę sobie o nas. Jak twierdzimy, że walczymy o cos dobrego, jak bierzemy sobie do serca nawoływania umęczonej natury, jak wielkie serca mamy.
Akurat.
Rzecz w tym, że się nie zmieniamy. Nowe pokolenia to stare pokolenia. Na własne życzenie i z pewną satysfakcją utknęliśmy w behawiorystycznym kołowrotku.

czwartek, 24 listopada 2011

trzy

Zbudowani jesteśmy ze zwyczajów, nawyków i rytuałów. Ja i Czarne Ptaszysko. Nawet kiedy łamiemy zasady i spontanicznie dajemy się ponieść przygodom – małym i dużym, wpisujemy się w pewien schemat. Czy coś w tym złego? Absolutnie nie! Bawimy się w tę układankę poznając się, nabierając doświadczeń i… nowych nawyków. To trochę jak zapamiętywanie wiersza – linijka po linijce uczę się jaki wersy następują po sobie. I mylę się. I zacinam. I chce mi się rzucać książką. Ale po opanowaniu całego utworu jest mi błogo i mam ogromną satysfakcję z jego cytowania. Tak jak z wierszem, dumą napawa, kiedy potrafię dokończyć rozpoczętą przez Czarne Ptaszysko frazę.
Nie mogę nie podać przykładu. Tak mnie brzydko korci.
Zasypianie. Nie moje, Czarnego Ptaszyska rzecz jasna. Kołdra pod szyję, 20 sekund leżenia bez ruchu i zaczyna się karuzela: najpierw obroty w każdą z możliwych stron. No tak, przecież może to wina poduszki. A zatem klepanie, odwracanie, przesuwanie Bogu ducha winnej poduchy. Oczywiście towarzyszą temu ciche pomrukiwania: „Co się dzieje z tym łóżkiem?”. Po uzyskaniu odpowiedniego poziomu opatulenia (nasze pierwotne pragnienie powrotu do stanu embrionalnego?), Czarne Ptaszysko otwiera leciutko usta i głośno wypuszcza powietrze. Jeszcze mała chrypka, zwilżenie gardła i Ptaszysko śpi. Wiem, bo chrapie koncertowo.
Nasz ostatni świadomy kontakt przed porankiem – delikatnie podrapuję dłoń Ptaszyska. Zrozumiał. Przechyla nieco głowę. Teraz może oddychać swobodnie i po cichutku.
Niby nic a jednak radośnie mi z tą wiedzą.
A moje przyzwyczajenia? Biedaczysko to Ptaszysko!

"Woodstock" Joni Mitchell


Nie byłoby dla mnie “Woodstock” gdyby nie “Six Feet Under”; gdyby nie ta staroświecka kaseta oznaczona na froncie plastrem z napisem “Sarah’s songs” w którymś z epizodów.
Nie była to wtedy piosenka o festiwalu w Woodstock. Nie dla mnie. Raczej o energii i pięknie kierowanym na niewłaściwe tory. O przemijaniu życia, ale i jego niezaprzeczalnej wartości.
Kilka zaskakująco zestawionych, inspirujących słów wtapiam się w spowolnione kręgi najwyższej filozofii.
A przecież historia jest bardzo klarowna. Jak gotowy scenariusz krótkiego filmu. Jak jasna akwarela przykrywająca kreski szkicu. Historia o spotkaniu, o muzyce i uwalnianiu radości, o wolności przestrzeni i umysłu w bardzo konkretnym miejscu.

I came upon a child of God
He was walking along the road
And I asked him where are you going
And this he told me
I'm going on down to Yasgur's farm
I'm going to join in a rock 'n' roll band
I'm going to camp out on the land
I'm going to try an' get my soul free

We are stardust
We are golden
And we've got to get ourselves
Back to the garden


Ale i o naturze. Bo jak to ze mną jest? Przemykam przez codzienność zadowolona, a przecież nie powinnam. Nie wiele znaczę, nie pozostawiam po sobie nic, za dłuższą chwilę stanę się kawałkiem węgla. A przecież jestem gwiezdnym pyłem, bryłką złota. Stanowię najwyższą wartość. Wystarczy, że odwrócę się plecami do wybrukowanej drogi i wrócę na piaszczystą ścieżkę.
Dzieci Kwiaty zawsze mogą wrócić do ogrodu i kwitnąć całoroczną wiosną.

Then can I walk beside you
I have come here to lose the smog
And I feel to be a cog in something turning
Well maybe it is just the time of year
Or maybe it's the time of man
I don't know who I am
But you know life is for learning

We are stardust
We are golden
And we've got to get ourselves
Back to the garden

By the time we got to Woodstock
We were half a million strong
And everywhere there was song and celebration
And I dreamed I saw the bombers
Riding shotgun in the sky
And they were turning into butterflies
Above our nation

We are stardust
Billion year old carbon
We are golden
Caught in the devil's bargain
And we've got to get ourselves
back to the garden


Szklistość głosu w połączeniu z przekazem generuje chyba prawdę, a odwaga szamana wyśpiewana na zakończenie przypomina gdzie jest moje miejsce.
Joni Mitchell oddała się rozmyślaniom o pachnącej atmosferze, którą nawet nie dane było jej posmakować. Podobno jej komentarz do Woodstock jest najpełniejszy i od lat niezmiennie cytowany.

http://www.youtube.com/watch?v=3aOGnVKWbwc

środa, 23 listopada 2011

dwa

Ósma rano. Słońce niecierpliwie przegryza zasłony. Otwieram oczy. Nie daję sobie przyjemności niemyślenia. Czasem tak mam; myśl goni myśl zanim w ogóle dotrze do mnie, że spałam a teraz jest nowy dzień. To musi być świadectwo skondensowanej energii prężącej muskuły w akumulatorze ludzkiego ciała o poranku. Później jest już tylko gonitwa stopniowo zwalniająca tempo, kiedy słońce ma już dość (gdzieś w granicach piątej po południu).
Wstaję. Dopada mnie pragnienie codziennej krzątaniny. Coś dzisiaj zmienię. Jakiś mebel w inne miejsce. I moussaka. Morze Śródziemne za oknem zobowiązuje.
I rzeczywiście zanurzam się ochoczo w wir codzienności. Odkurzacz w ruch! Kurzowi „nie”! Pranie na balkon a moussaka do piekarnika.
Później kilka chwil na poczytanie. Czarne Ptaszysko zaraz wróci. Usiądziemy sobie razem do obiadu, wymienimy kilka spojrzeń, uśmiechów, myśli i będzie jak najlepiej. Tak jak lubimy.
Najwyraźniej nie należy mi się spokój ducha, bo za chwilę telefon od Mamy. Coś nie tak z tłumaczeniem – czegoś brakuje, coś ktoś poknocił, ktoś inny nie rozumie.
I choć Czarne Ptaszysko już w domu, to zupa stygnie, moussaka spala się w piekarniku; coś będzie zimne, coś za gorące i cały smak ranka ulotni się w kłębach chmur.


Dzięki Bogu mamy jeszcze wieczór i ciepłą herbatę do domowych ciasteczek.

poniedziałek, 21 listopada 2011

jeden

Ostatnie dni popłynęły słodko-kwaśno w dożynkowym nastroju. Żądza mało skomplikowanej rozrywki będącej jednocześnie czystą przyjemnością jest przypadłością bez wątpienia międzynarodową. 19-20 listopada 2011, II Festiwal Cytrusów. Najpierw ogarnia mnie niemota („Co ty się wyprawia?”), po chwili nieskrępowana dziecinna wesołość („Nawet drzewka oliwne są dziś cytrusami!”), a następnie chłodna analiza („Można było przecież zorganizować takie niesamowite stoiska… kuchnia, rękodzieło…”).



Okupowany zazwyczaj przez bałaganiarskich i hałaśliwych piknikowiczów park zakorkował tłum miłośników pomarańczy i cytryn, grejpfrutów i mandarynek. Platformy z bajkowymi „rzeźbami” z cytrusów. Zapach świeżo wyciśniętego soku unoszący się tuż na wysokości nosa. Parkowa architektura opakowana w pomarańcze i cytryny.


Jak łatwo te wszystkie elementy atakujące natrętnie zmysły wprowadzają pierwiastek radości w zwyczajny dzień. A przecież skalkulowane są na bardzo przeciętny gust. Na zbiorowość. W tym ich siła; wtapiają jednostkę w zbiorowość. Niezależnie od szerokości geograficznej i poziomu wykonania.
Dociera to do mnie dopiero minuty po godzinach odstanych na europejsko-afrykańskich występach folklorystycznych. Stopa mimowolnie wystukuje rytm. Ciało kołysze się rytmicznie. Porywa mnie magia kaukaskiego tańca. Rozwesela bębniarz Kosowianin. Rozedrgane koszmarną prędkością biodra i kolana tancerzy z Ghany nie dają odpocząć oczom.
Dałam się zmanipulować!





A jednak podoba mi się to. Interesuje. Aktywuje odkrywczość. I tak, rozbawia i relaksuje. Zwłaszcza kiedy „ dzień po” wędrujemy nieśpiesznie z Czarnym Ptaszyskiem pustymi już uliczkami tego samego parku wymieniając porozumiewawcze pełne dezaprobaty spojrzenia na widok bandy wyrostków pakujących cytrusowe aplikacje do plastikowej torby, czy dziadka usiłującego zaanektować do kieszeni jak największą ilość gumek recepturek przytrzymujących dekoracje na właściwym miejscu.
Takie to polskie – myślę. Takie to tureckie – szepce mi do ucha Czarne Ptaszysko.
I w tym też magia jarmarcznej zabawy.

czwartek, 17 listopada 2011

"I Follow Rivers" Lykke Li


W porządku, pokornie chylę czoło i zgadzam się bez zastrzeżeń. Co to za odkrycie ta Lykke Li? Nawet tureckie Mix FM , i inne co bardziej przyswajalne tutejsze radio, gra ją dla równowagi (wprawdzie od wielkiego dzwonu, ale gra jak należy). Nic na to nie poradzę, że te opadające i podnoszące się regularnie dźwięki hipnotyzują mnie w jakiś Jungowski sposób.
To bodaj jedyny utwór, którego Czarne Ptaszysko, alergicznie reagujące na potworności infantylizmu zachodniej muzyki popularnej (nie żeby turecka ją przewyższała), nie wyłącza z charakterystycznym „Pfff…”. Piosenka cierpliwie płynie od początku do końca pozostając z nami w zamkniętej klaustrofobicznej przestrzeni samochodu, aż do raczej oczekiwanego zwrotu akcji, jakim jest triumfalny powrót potwornej w swej infantylności zachodniej piosenki.
„I Follow Rivers” ma u mnie historię.
Słyszę ją raz po raz (o zgrozo!) w radiu. I myślę. „Zapamiętaj słowa. Musisz pamiętać. Sprawdzisz później. Pamiętaj.” Mam w torebce nawet karteczkę z naskrobanym naprędce fragmentem tekstu piosenki.
Trzeba było jednak iskry w mojej głowie, żeby dopadła mnie w końcu myśl, że przecież ja tę piosenkę doskonale znam. Że ją wielbię od jakiegoś czasu, tak trochę przy okazji. Trzeba było mocnej jasności, żeby dwie piosenki złożyć w jedną. Ignorancja moja nie zna granic. Czasami tak mi głupio. Czasami tak mi przykro.
Mój Dobry Brat hojnie podzielił się swoją Lykke Li ze mną dawno temu. Zmusił mnie do niej. Wdzięczność moja proporcjonalna jest do mojej sławetnej ignorancji. „Wounded Rhymes” (ależ to pobudzający tytuł!) są teraz po troczę moje. Nie mam śmiałości uzurpować sobie całkowitego prawa własności ze względu na Dobrego Brata. Pal licho resztę ludzkości.

A wszystko zaczyna się mało pozytywnym zaskoczeniem, brakiem słów na toporne stukanie w klawisze charakterystyczne dla wczesnych lat 80tych ubiegłego wieku. Depeche’owski przekaz jest jasny. Ale w jakiś sposób ma to sens; przemyka, przeobraża się, roztapia się jak bryła lodu na morzu późną zimą.
I jest tak:

Oh I beg you, can I follow
Oh I ask you why not always
Be the ocean where unravel
Be my only, be the water and I'm wading
You're my river running high, run deep run wild

I follow, I follow you deep sea baby
follow you
I I follow, I follow you, dark boom honey
I follow you


Pełen mrok w oślepiającym śniegu. Ktoś kogoś śledzi. Panuje tu jakaś niezdrowość, duszność. Głos jak z pudełka w melodii, która jakby brutalnie drapała po plecach.

He’s a message, I'm the runner
He's the rebel, I'm the daughter waiting for you
You're my river running high, run deep run wild

I follow, I follow you deep sea baby
I follow you
I I follow, I follow you, dark boom honey
I follow you

Trudno ocenić kto jest prześladowanym a kto prześladowcą. Pewne jest to, że piosenka jest swego rodzaju porywaczem. Zabiera na chwilę przestrzeń dla innych dźwięków. I towarzyszy mi niczym stalker depcząc po moim cieniu.


You're my river running high, run deep run wild
I, I follow, I follow you deep sea baby,
I follow you
I, I follow, I follow you, dark boom honey,
I follow you
I, I follow, I follow you deeps sea baby,
I follow you
I, I follow, I follow you, dark boom honey,
I follow you

http://www.youtube.com/watch?v=vZYbEL06lEU

środa, 16 listopada 2011

"Winter Song" Sara Bareilles & Ingrid Michaelson


Czarne Ptaszysko jest winne mojej znajomości z Ingrid Michaelson. Ta zaś odpowiada za Sarę Bareilles na mojej track liście. Komu zawdzięczam przysłowiowe dwa w jednym zupełnie mnie interesuje. Jest piosenka, jest mi radośnie choć dźwiękom nie do śmiechu. Nie ma w niej ozdobników, nadinterpretacji, nawet tworzy iluzję braku instrumentów. Melodia wystukiwana na pianinie pokrywa się z śpiewem. Gdzieś brzęczy trójkąt, są smyczki, mocno ukrywa się chyba gitara. To nie jest pojedynek śpiewaczek. Nie ma tradycyjnego dla popularynych duetów ataku kakofonii ponad skalę. Słowa przeplatają się w harmonii. A słowa są dokładnie takie jak dźwięki; suną równolegle powtarzającym się przypływem, jak fale na spokojnym morzu. W ten jakiś niepojęty sposób nagle stają się prioretytowe, zyskują moc. Piosenka, w której melodia nie przeszkadza słowom a towarzyszy im z oddali niczym puchaty Sancho Pansa na osiołku u boku górującego nad nim Don Kichota; to rzadkość. Zdarzyła się tutaj.
Co takiego jest w tych słowach... Smutne, aczkolwiek logiczne, jak wiersz:

This is my winter song to you.
The storm is coming soon,
it rolls in from the sea

My voice; a beacon in the night.
My words will be your light,
to carry you to me.


Kiedy sztorm skłębia się na morzu warto mieć przy sobie kogoś czyj głos będzie jak pochodnia u szczytu latarni wskazująca drogę do domu.
I jest tego więcej. Prosto a jednak inaczej niż w każdej innej piosence.



This is my winter song to you.
The storm is coming soon,
it rolls in from the sea

My voice; a beacon in the night.
My words will be your light,
to carry you to me.

Is love alive?
Is love alive?
Is love

They say that things just cannot grow
beneath the winter snow,
or so I have been told.

They say were buried far,
just like a distant star
I simply cannot hold.

Is love alive?
Is love alive?
Is love alive?

This is my winter song.
December never felt so wrong,
cause you’re not where you belong;
inside my arms.

I still believe in summer days.
The seasons always change
and life will find a way.

I’ll be your harvester of light
and send it out tonight
so we can start again.

Is love alive?
Is love alive?
Is love alive?

This is my winter song.
December never felt so wrong,
cause you’re not where you belong;
inside my arms.

This is my winter song to you.
The storm is coming soon
it rolls in from the sea.

My love a beacon in the night.
My words will be your light
to carry you to me.

Is love alive?


Smutne piosenki nie zawsze działają jak należy. Tej się udało.

http://www.youtube.com/watch?v=67xr_KKPTHE

Co ma Van do Atatürka?

23 października w miastach Van i Erciş na wschodnich krańcach kraju o 13:41 zatrzęsła się ziemia. 7,1- stopniowe trzęsienie ziemi przetoczyło się przez budowane w ekspresowym tempie mało wytrzymałe domy, szkoły, sklepy i kramiki. Choć w Turcji żyje się ze świadomością i gotowością na okazjonalny gniew niszczycielskich fal powierzchniowych, a prawdziwe bataliony wykwalifikowanych ratowników czekają tylko na wezwanie, natura i tu niezmiennie wygrywa. Mimo licznych doniesień o cudownie ocalałych nastolatkach, starszych paniach i dwutygodniowej maleńkiej jak pestka awokado Azrze, i tym razem ziemia zabrała ze sobą 604 osoby.


Narodowa tragedia, a jednak budząca mieszane uczucia. Dwa niełatwe do ogarnięcia powody.
Pierwszy to fakt, iż tereny objęte trzęsieniem ziemi zamieszkane są głównie przez mniejszość kurdyjską, która raczej nie cieszy się sympatią Turków. Niechęci i podejrzliwości nie ograniczyły z pewnością doniesienia o grabieżach dokonanych na kontyngentach z pomocą humanitarną od Czerwonego Półksiężyca przez grupy mieszkańców terenów objętych katastrofą. Zupełnie to dla mnie niezrozumiałe. Namioty mające służyć za tymczasowe schronienie dla najbardziej poszkodowanych trafiły gdzieś, niewiadomo gdzie za sprawą sąsiadów, znajomych, współmieszkańców tych pozbawionych dachów nad głową. Tureckie piekiełko niczym te polskie, tyle że w wersji megamocnej.


Drugi z powodów jest nieco zawiły i wyrachowany. 29 października w Turcji obchodzone jest najważniejsze święto państwowe – Cumhuriyet Bayramı, Dzień Republiki na pamiątkę proklamowania Republiki Tureckiej w 1923 roku przez głównego architekta i budowniczego tureckiej demokratycznej państwowości, Mustafę Kemala Atatürka . Kiedy jeszcze Turcja była mi dalsza niż bliższa, jedna ze znajomych Turczynek ujęła kult Atatürka niezwykle dla mnie obrazowo:
- W Europie macie wielu bohaterów, Turcja ma tylko jednego.
Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić.
Co ma jednak Van do Atatürka?
W Dniu Republiki upamiętnia się dokonania Ojca Turków z najwyższą pompą i namaszczeniem godnym Wodza Narodu. Nie w tym roku jednak. W związku z trzęsieniem ziemi wszelkie uroczystości zostały odwołane lub w najlepszym przypadku drastycznie okrojone. Moi chichotliwi uczniowie jak zresztą i Czarne Ptaszysko, mieli spędzić sobotnie wczesne popołudnie w szkołach biorąc udział w akademiach, koncertach, historycznych pokazach i uroczystym składaniu strojnych wieńców przy popiersiach Atatürka. Sama Ankara miała buchać ogniem patriotyzmu.


Narodowa tragedia w Vanie uniemożliwiła radosne świętowanie. Rzecz to normalna. I w Polsce niedawny prezydent mocno nadużywał pojęcia kilkudniowej (wielodniowej raczej) żałoby narodowej w praktyce. Dziękujemy za pamiętne studniówki, panie prezydencie.
Nic to jednak. W Turcji miało to w tym roku drugie dno. Partią rządzącą na każdym polu (premier i prezydent za pan brat) jest umiarkowanie islamistyczna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP - Adalet ve Kalkınma Partisi). Mimo zdecydowanego poparcia jakim od trzech kadencji niezmiennie cieszy się premier Recep Tayyip Erdoğan, oczywistym dla Turków jest fakt, iż nie w smak jemu i jego partyjnym kolegom republikańskie ideały w atatürkowej wersji. Mało tego, rząd wprowadza jedną za drugą ustawy promujące ideę, umiarkowanej wszakże, a jednak swoistej teokracji w niezdarny sposób kamuflowanej jako pozytywnie demokratyczne zmiany w prawie. Niemiłym obowiązkiem stało się najpewniej dla pana premiera uczestnictwo w corocznej fecie z okazji Dnia Republiki. Na szczęście [sic!] z odsieczą przyszło trzęsienie ziemi. W tym roku islamiści z czystym sumieniem mogli radośnie odepchnąć Atatürka w kąt i ruszyć na pomoc znienawidzonej przez siebie ludności kurdyjskiej. Zaklęte koło tureckiej logiki, gdzie mniejsze zło trudno mi odróżnić od tego większego.
Tak oto ziemia w Vanie pochłonęła łącznie 604 ofiary… plus jednego Atatürka .

(Zdjęcia www.dziennik.pl, www.most2001.com, www.haber23.com)

czwartek, 3 listopada 2011

Karą niech będzie 41 tysięcy kobiet

Wydarzenie wyjątkowe; podobno pierwszy raz w historii, na świecie (przynajmniej jedyny taki udokumentowany przypadek a bez wątpienia na taką skalę). Genialny w swojej prostocie pomysł. Choć miało być za karę, okazało się być prezentem. Po nieładnej chuligańskiej zadymie po towarzyskim meczu z ukraińskim Szachtarem Donieck turecka federacja piłkarska zamknęła stadion otoczonego iście mistycznym kultem Fenerbahçe Istanbul. Zasłużona kara dla buńczucznych zwartych i gotowych tureckich kiboli. Turecka myśl techniczna nie takie „tragedie” obracała już w „złoto”. 20 września 2011 nie łamiąc zakazu stadionowego władze klubu wypełniły stadion niemal po brzegi. Klub rozdał ponad 41 tysięcy darmowych wejściówek dla zapaleńców mających ochotę obejrzeć jedną z ligowych potyczek Fenerbahçe tym razem z przyjezdnym Manisasporem. Kruczek? Ależ skąd. Warunek? Jak najbardziej. O bilety mogły ubiegać się wyłącznie kobiety i dzieci do lat 12!


Już na 2 godziny przed meczem tłum pięknie umalowanych i przebranych w klubowe barwy (nomem omen żółto-granatowe, nachalnie kojarzące mi się z flagą Ukrainy) tłoczyło się przed wejściem na stadion. Odprowadzanie przez rozczarowanych i wściekłych jak dzikie wilki mężów, narzeczonych, partnerów, wujków, braci, dziadków i nastoletnich synów za nic miały sobie pogardliwe uśmieszki ochrony, obsługi czy złośliwych komentatorów silących się na niefajne dowcipy o kurach domowych wypuszczonych na nieznany teren. Z czasem okazało się, że kobiety trzymały w zanadrzu tajną broń: absolutnie szczery entuzjazm i uwielbienie dla piłkarskiego widowiska. Wrzeszczały już przy rozgrzewce i nie przestały aż do nieco rozczarowującego wynikiem (1:1) końca meczu, wprawiając tym w o(g)słupienie niemogących powstrzymać nieco szowinistycznych uśmieszków piłkarzy.


Zapewne to onieśmielenie miało wpływ na nudnawą i miałką grę Feneru w pierwszej połowie rozgrywki. Zamiast tubalnych gangsterskich i z pewnością niecenzuralnych okrzyków i przyśpiewek, kobietki i przed-mutacyjna dziatwa zafundowały swoim idolom okrzyki i klubowe przyśpiewki (pewnie i nieco pikantne) w falsecie i sopranie. I cóż z tego, że często gęsto kąśliwy operator wyłapywał niewiasty pochłonięte czynnościami odbiegającymi znacznie od standardowego dopingu: tradycyjne rozmowy przez telefon komórkowy (oj, z pewnością temat na osobny artykuł o tureckich przypadłościach), uporczywe poprawianie fryzury, wciąganie kolejnej bagietki czy simita, a nawet ploteczki z plecami zwróconymi w stronę walczących zaciekle na pooranej korkami murawie. Należy jednak oddać mu sprawiedliwość – zabawił się kosztem obu płci. Wyłapał na przykład sprawnym okiem kamery ukrytego pomiędzy niewiastami na trybunach – o zgrozo! – mężczyznę! Nieznajomy okazał się jak najbardziej uprawnionym do wejścia na stadion osobistym trenerem jednego z graczy. Co też robił na trybunach zamiast ławki rezerwowych? Stawiam na czysto męską (w sułtańskim stylu zresztą, jeśli zgodzimy się na lokalny koloryt) chrapkę na bycie otoczonym kobiecym towarzystwem.
Pozostali panowie? No cóż, zawiedli na całej długości. Stłumieni na ulicach pod stadionem i w okolicznych kawiarniach, kebab-barach i restauracjach oddawali się przyjemności „zadymiania”. Race i tłuczone szkło stanowiło jeszcze jeden dowód na to, że dobrze się stało, kiedy stadion oddano kibicom. A że to kobiety i oseski… Ten jeden raz wygrały pokój, miłość i… sport (prawie jak rock’n’roll).


Na deser zwięzły komentarz sprawozdawcy telewizyjnego z drugiej połowy meczu (pewnie tuż po przerwie):
Do naszej budki reporterskiej wparowało przed chwilą dzieciątko prosząc bez płaczu, ale i też bez pardonu wołając:
- Zgubiłem się, pomożecie mi znaleźć moją mamę?

(Zdjęcia: www.dha.com.tr, www.365gunspor.com, www.sportbild.bild.de)

środa, 2 listopada 2011

Eee... prasa?!

Na pierwszy rzut oka rynek tureckiej prasy zdominowany jest przez tabloidy. Mające w zamyśle przykuwać uwagę potencjalnego czytelnika ryczące wielkimi różnokolorowymi literami nagłówki, nagromadzenie zdjęć, których bohaterowie spoglądają na nas spod charakterystycznej czarnej kreski czy wypikselowanymi oczyma, albo jeszcze inaczej – kilkadziesiąt informacji na stronie tytułowej (jak to w ogóle jest możliwe?) z odsyłaczami do któryś tam stron. Po przetrwaniu ataku strony tytułowej przerzucam kolejne kartki. Gazety w Turcji są do oglądania nie do czytania. Artykuły nie wychodzą poza szpaltę horoskopu. Są krótkie, skondensowane do przekazu prostej informacji z obowiązkową serią ponurych sensacyjnych lub wprost przeciwnie kompromitująco komicznych zdjęć. Łatwo i szybko przyswajalne. Nie takie powinny być? Jasny przekaz nie męczący oczu czytaniem całostronicowych tyrad drobnym maczkiem.


Nie trudna rzecz zatem zostać reporterem w tym kraju. Szczypta sprytu i minimalnych umiejętności językowych powinny zadziałać, aby stworzyć kompletny artykuł, który w starej poczciwej Wyborczej byłby może ledwie wstępniakiem z działu Kraj.
Wszystkie opiniotwórcze dzienniki wyglądają podobnie, więc tabloidowska teza ma jak najpoważniejsze argumenty na swoje poparcie. Nie mam ty rzecz jasna na myśli tureckich przedruków Newsweeków czy Timesów. Rzecz jest o całkowicie rodzimej produkcji na narodowej licencji.


Wyjątkowe wydają się zatem przy tym strony ekonomiczne. Miniaturowe wersje Gazety Prawnej. Doskonale udokumentowane opinie autorytetów w swojej profesji.
Każda turecka gazeta to również centrum dostawcze przeróżnych dodatków, ulotek, bonusów. Od plotek przez turystykę do wydań świątecznych.


Powiela przy tym (a może wprost przeciwnie – inspiruje) pomysł dołączania do konkretnych wydań czysto namacalnych przedmiotów typu Wielka Encyklopedia Czegośtam, Klasyka Kina Boliwijskiego czy Przewodniki po Miejscach Świętych i Grzesznych. Nie mówię tu o oczywistych oczywistościach takich jak ładnie zdobione wydanie Koranu z okazji Ramazanu. Czarny Kruk zbierając cierpliwie kupony z „Hurriyet’a” zgromadził całkiem przyjazną oku i praktyczną zastawę [sic!] codziennego użytku z pomarańczowo barwionego szkła zwanego Duralex.