Czuję się nieswojo wyrzucając precz domowe odpady
organiczne. Czytam etykiety na opakowaniach, które następnie zgodnie z danymi
etykietami sortuję. Przetwarzam. Oszczędzam. Znajduje ponowne zastosowanie. A
kiedy mi się nie udaje, kiedy się
zapominam, dręczą mnie wyrzuty sumienia. Na zachodzie (a wydaje mi się, że
jestem jednak człowiekiem z zachodu) systematyzujemy, głowimy się, komplikujemy
dla wyższego dobra. Tworzymy tabele, niejasne zależności w tak prozaicznych
czynnościach jak śmiecenie a raczej nieśmiecenie. Na dłuższą metę ma to oczywiście
głębszy sens, bo wyrabianie nawyku, bo rozbudzanie świadomości, bo budowanie
poczucia odpowiedzialności i dobrego samopoczucia. „Moje czyny coś znaczą. Ja
robię różnicę.”
Za to w Turcji dominuje zwyczajna przedsiębiorczość.
Ludzie na rowerach czy też złożonych z pozornie nieprzystających do siebie
części wehikułach (motocyklach?), za którymi ciągną się szkielety przyczepek
ubrane w dwa wielkie worki – jeden na plastik, drugi na makulaturę – ekologia
po turecku. Panowie i niestety często małoletni chłopcy, którzy powinni być w
tym czasie w szkole, uzbrojeni w długie pogrzebacze, nie-odświętne ubrania i
(rzadziej) rękawice ochronne zatrzymują swoje pojazdy przy osiedlowych kubłach
na odpady i nieprzytomnym wzrokiem przeczesują śmieci w poszukiwaniu plastiku i makulatury właśnie.
Często robią to gołymi rękoma nieczuli zdaje się już na nieprzyjemną teksturę i
zapach . Proste rozwiązanie. Ekonomiczne, bo to praca, więc „przeczesywacze”
zarabiają w ten sposób na chleb; ekologiczne, bo posortowane w ten sposób
śmieci zostaną dostarczone w odpowiednie miejsce, gdzie ulegną przetworzeniu.
Nie wszyscy przyklaskują panom (rzadziej paniom) z pogrzebaczami. Ktoś zarzuca
im, że podczas pracy rozrywają worki na śmieci robiąc tym samym większy bałagan
kuszący bezpańskie koty do buszowania w otwartych torbach w poszukiwaniu
resztek jedzenia. Malkontenci? Cóż, racja jak zwykle leży po środku.
Zbieraczom, z kolei (kolejnej grupie robotników
zarabiających na ochronie środowiska) trudno cokolwiek zarzucić. Hm, może
jedynie dość monotonną hałaśliwość. Codziennie z megafonów ślimaczących się półciężarówek
dobiega przeciągłe „Eskiciii…” i następująca po nim litania sprzętów, których
panowie złomiarze chętnie pozbędą się w naszym imieniu. To poważny biznes
podzielony na branże: są zbieracze mebli i materacy, są ci od sprzętu
elektronicznego, są ci od metalu, i wreszcie zbieracze wszystkiego. Ci od
metalu podróżują pieszo pchając przed sobą sklecony gdzieś w garażu z niczego
wózek o płaskim dnie, podobny do tych, których używają sprzedawcy owoców,
kasztanów czy ciepłej kukurydzy. I to oni nadają kolorytu ulicy, bo intonują
swoje pokrzykiwania w taki sposób, że nawet nie rozumiejąc, co tak naprawdę
mają do powiedzenia, nie mylimy się. Wiemy dokładnie kim są. Na podobieństwo
wędrownych sprzedawców precli (simitci), zajmuje to nieco czasu zanim sam
dźwięk a nie treść wypowiedzi zaczniemy identyfikować z osobą go wydającą, ale
do owych pokrzykiwań naprawdę da się przywyknąć.
Pomysł i
zwyczajne szybkie rozwiązanie. To cechuje niemal każdą dziedzinę życia w
Turcji. Nikt się nie pacykuje, nie ogłasza przetargów, a że nie dba o
transparentność? A kogo obchodzi to w Polsce? Ciekawe pomysły Turków w dziale
ochrony środowiska idą swoją drogą – raz to powolny spacer (brak kontenerów na
segregowane śmieci czy pojemników na przeterminowane leki), raz innowacyjnym
kłusem (kartonowe pudła na zużyty papier w biurach, czy skrzynki na butelki
zużytego oleju jadalnego). Śmieciarze i złomiarze są już niewidzialnym
elementem znajomego krajobrazu. Drzewa w lesie, który widzę codziennie z okna.
Zdjęcia: pondfrogsplash.blogspot.com, panoriamio.com, bezhaber.blogspot.com
Zdjęcia: pondfrogsplash.blogspot.com, panoriamio.com, bezhaber.blogspot.com

