wtorek, 29 maja 2012

“Somebody that I used to know” Gotye & Kimbra


Korci mnie okropnie by wytrzeszczyć oczy rzucając w uniesieniu, że to nowy Sting pomieszany mocno w jednym buchającym muzyką kotle z Peterem Gabrielem. Ale to byłoby kreatywnie-inaczej. Klasyk. O proszę, już mi się to powiedziało. Za późno żeby odwracać kota ogonem.

Now and then I think of when we were together
Like when you said you felt so happy you could die
Told myself that you were right for me
But felt so lonely in your company
But that was love and it's an ache I still remember

Przyjemna melodia, a nich tam – nawet radosna. I to nieco rozhasane , chwilami bardzo nieskomplikowane plumkanie w historii o tym, jak to jest kiedy uczucie się kończy.
Rozpoczyna się szarpaniem strun gitary i dźwiękami syntezatora jak w dziecięcej wyliczance. Tyle, że śpiewanej jak kołysanka. Do samego końca melodia nie nabiera siły, nie rozpędza się – co niespotykane. Za to doskonale dobrane głosy pęcznieją. Jakby przekonane o całkowitej zbędności muzyki, która mogłaby im zgrabnie wtórować. Nie mają racji. Ta jest idealna.

You can get addicted to a certain kind of sadness
Like resignation to the end, always the end
So when we found that we could not make sense
Well you said that we would still be friends
But I'll admit that I was glad it was over

But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened and that we were nothing
And I don't even need your love
But you treat me like a stranger and I feel so rough
No you didn't have to stoop so low
Have your friends collect your records and then change your number
I guess that I don't need that though
Now you're just somebody that I used to know

Przyczepiła się do mnie ta piosenka zupełnie przypadkowo, i tak jak wstrętny rzep nie chce się oderwać. Z tą jednak różnicą, że nie ma w sobie absolutnie nic wstrętnego. Jest najzwyczajniej ładna.  Skonstruowana bardzo przewrotnie, bo nucę ją z uśmiechem na twarzy, a przecież słowa które temu towarzyszą są targowanie się z przeszłością. Trochę w nich goryczy i żalu, ale i zdrowego dystansu.  Podobają mi się. Słowa. Szczere, bez bolesnego naciągania i przesady. Ot prawda taka, jaką ją Pan Bóg stworzył.

Now and then I think of all the times you screwed me over
Part of me believing it was always something that I'd done
But I don't wanna live that way
Reading into every word you say
You said that you could let it go
And I wouldn't catch you hung up on somebody that you used to know

O ile Nowozelandka Kimbra była mi znana o tyle Gotye to nowe hasło w mojej encyklopedii. A nie powinno być odwrotnie? Ze mną jak zwykle wszystko gra, ale na opak. W autorskiej kolejności. Poprzekręcane, zaszyfrowane jak w kostce Rubika. Nie tak jak w tej piosence, gdzie wszystko jest we właściwym miejscu i czasie. 

But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened and that we were nothing
And I don't even need your love
But you treat me like a stranger and I feel so rough
No you didn't have to stoop so low
Have your friends collect your records and then change your number
I guess that I don't need that though
Now you're just somebody that I used to know


piątek, 4 maja 2012

Edukacja po japońsku?

Jest sobota rano. Szczeniak z sąsiedniego bloku poszczekuje na balkonie. Wtórują mu wróble ganiające się po gałęziach bliźniaczych drzew awokado. Tuż pod moim oknem. Naturalnie, niezauważalnie. I masz ci los, chwilę potem popularna melodia zapraszająca niewyspane dzieciaki do klas. Dzwonek na lekcje. Oficjalnie tureckie szkoły pracują po bożemu, od poniedziałku do piątku. A jednak w sobotę przytłaczająca większość uczniów zgodnie maszeruje do szkół wszelkiej maści rozsianych jak uporczywe chwasty w każdym sąsiedztwie. Wszystkiemu winna polityka kursów (ders, kurs), korepetycji, zajęć uzupełniających-rozszerzających-dodatkowych i innych, jeszcze mi nieznanych, ale z pewnością już wymyślonych przez przedsiębiorczych Turków. Społeczeństwo jest wyjątkowo jednogłośne jeśli chodzi o tutejszą edukację – w szkole niczego się porządnie nie nauczysz. W żadnej szkole. Publicznej? – z pewnością nie. Prestiżowej? – a gdzie tam! Stąd normalność tej nienormalnej obowiązkowości zajęć nieobowiązkowych. Trochę w stylu japońskim, gdzie kult nauki wydaje się być tak powszechny jak wdech i wydech. Tylko trochę, bo nie o potrzebę wiedzy w tym wszystkim chodzi. To nie tak, że uczniowie chcą wiedzieć, poszerzać horyzonty, budować ciekawą rzeczywistość wokół siebie. Do wyczerpującego kilkugodzinnego (dziennie) przesiadywania na zajęciach dodatkowych motywują ich… państwowe egzaminy. Turecki system edukacji obsesyjnie testuje, wymaga, rzuca kłody pod nogi, liczy punkty. Każda jednostka musi zaliczyć określoną ilość punktów. W przeciwnym razie zostanie w tyle, gdzieś na peryferiach społeczeństwa, w nic nie znaczącym miejscu. Każdy pracownik budżetówki musi sprostać określonym wymaganiom; a jaki sposób jest lepszy od starego dobrego testu? Paradoksalnie skaczę z radości, bo zostałam w ten diabelski młyn wciągnięta. I mnie ta karuzela karmi. Bo przecież jest jeszcze ten konieczny egzamin z języka angielskiego. Nie najłatwiejszy. Stąd zapotrzebowanie na dobrych edukatorów językowych jest ogromne. Udało mi się dość szczęśliwie zostać jednym z nich. Choć uczniowie potrzeby mają różne, w większości doceniają możliwość rozmowy w obcym języku. Nie mają ze mną łatwo przez moją nieznajomość tureckiego. A może mają tym lepiej? Tureccy nauczyciele języka angielskiego doskonale operują terminologią techniczną, świetnie znają gramatykę, ale (o zgrozo!) nie mówią w tym języku najlepiej. Albo w ogóle nie stosują go na zajęciach. Co ciekawe dochodzi do okropnych paradoksów - sami uczęszczają na kursy jezykowe! Sama miałam styczność z przepiekną Turczynką uczącą angielskiego w szkole podstawowej a nie potrafiacej sklecić poprawnego zdania w tym języku.
Tak czy inaczej… obowiązkowy egzamin językowy dla urzędników. Wspaniale – budujemy dwujęzyczny nowoczesny naród! A guzik! Skupieni (wbrew własnej woli zapewne) na gramatyce ucznowie zatracają niemal zupełnie zdolność komunikowania się w obcym języku. Zresztą tak jak i w Polsce. Uczenie się dla nabycia umiejętności rozróżniania między a, b czy c. Z mojego profesjonalnego punktu wiedza praca w takich grupach (często niewielkich i raczej skupionych) daje w większości satysfakcję, bo nie jestem wykładowcą któregoś tam z rzędu przedmiotu w planie lekcji, ale przedmiotu przez uczniów wyróżnionego. Posiłkując się czysto idealistyczną terminologią – przychodzą na zajęcia, bo chcą, bo właśnie ten przedmiot wybrali. Jednak w tym przypadku idealistka nie jestem. Coś mocno zgrzyta w takim systemie edukacji. Po co zatem utrzymywać szkoły publiczne? Ograniczmy się do kursów. Po co udawać, że pracujemy pięć dni w tygodniu? Zapiszmy w odpowiedniej ustawie: „Sobota dniem szkolnym”.