czwartek, 1 listopada 2012

I poleje się krew


Nie było mi łatwo. Dwanaście miesięcy temu. Ale musi stać się łatwo lub - mniej optymistycznie – łatwiej. Właściwie wcale się nie przygotowuję; nie myślę, ale i myśli nie przeganiam, nie adaptuję ciała i umysłu – mają własną nieodgadniętą zdolność regeneracji po czymś niedobrym.  Mogę nazwać Kurban Bayram niedobrym? Nie powinnam, przecież nie mnie potępiać tradycję. Tę tradycję. W tym roku jestem przygotowana, bo już wiem czego spodziewać. Bo w tym roku chowamy się za kurtyną.
Święto Ofiary to tradycja jak potężne drzewo zakorzenione aż po jądro ziemi. Niezmienne przy tym. Najważniejsze bez dwóch zdań. Święto utartych rytuałów. Krótko i bez przymiotników-ozdobników: każda rodzina składa Bogu fizyczną ofiarę z kozy, krowy czy owcy upamiętniając tym samym ofiarowanie Izaaka przez jego ojca, Abrahama. I rzeczywiście, jak zapisane w starych księgach czy tradycji ustnej, tak też się dzieje. Ofiara dzielona na trzy części trafia odpowiednio do potrzebujących, przyjaciół czy też sąsiadów, i wreszcie w pozostałej części do samego ofiarodawcy. Dla mnie ma to sens i w pełni spełnia swoją duchową rolę. Zbożne czy też dla mniej zdeklarowanych, charytatywne znaczenie, które już dawno przyblakło w odniesieniu do Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Znak czasów w Starym Świecie, gdzie żywa historia w Moim Nowym Świecie. Choć i ten Świat pokazuje, że historię można adaptować do nowej rzeczywistości.

W światłach wielkiego miasta, nieunikniony halal zwierząt (śmierć według zwyczajowych przykazań) czy też bardziej profesjonalnie – rytualny ubój, odbywa się z dala od naszych oczu, z dala od nas. Placówki dobroczynne, rządowe instytucje czy też np. komercyjne sieci supermarketów organizują ”ofiarę” w naszym zastępstwie. Wystarczy pokryć koszty zakupu zwierzątka i usług fachowca. Paczka z już niejako złożoną ofiarą trafia pod sam próg naszego domu, często odpowiednio uszczuplona o część przeznaczoną dla biednych. Wygodnie (z odpowiednią dozą sarkazmu w głosie)? Raczej pomocne bez kiwania głową czy dezaprobującego uśmieszku. Tak, tegoroczne święta spędzamy z Ptaszyskiem za tą właśnie kurtyną. 
Dwanaście miesięcy temu nie było łatwo. Powtarzam się. Owszem. Jest ku temu powód. Zeszłoroczne Święto Ofiary spędziliśmy na tureckiej wsi z całym jej „inwentarzem” – dobrodziejstwami i brutalną szorstkością. Miejsce, w którym czas zatrzymał się na dłużej. Owieczki cieszące się ostatnim wdechem i wydechem w przylegającym ścianą do domostwa niedużym budynku gospodarczym, „idą do nieba” w pobliskim ogrodzie. Jak dawniej i bezwątpienia według zwyczajowych przykazań. Kobiety przebrane za pracowite wieśniaczki już rozpalają palenisko, bo przecież tuż obok piętrzą się nieubłaganie kolejne kawałki mięsa. Ktoś przygotowuje prowizoryczny stół, gdzieś zapachniało wiejskimi plackami chleba. Czas na rodzinną ucztę. Czas na celebrację faktu, że możemy sobie na pewne dobrodziejstwa pozwolić.  I czas się nimi hojnie podzielić. Bo jest nas wokół sporo. I każdy z nas zasługuje na ową empatię jaką niesie ze sobą przesłanie święta, jak i chwilę łakomstwa raz do roku. Do tego nie potrzebny nam słownik; ani wyrazów obcych ani tych bliskoznacznym.

Ale nie było łatwo. Czy to ze względu na nieuniknioną aczkolwiek zawsze niewidoczną  brutalność mojego mięsożerstwa? Czy może na obcość postaci i tradycji (nikt nie ubiera się odświętnie, świąteczny stół stoi niezasłany białym obrusem)? Po części tak. Najbardziej jednak z powodu czasu; jakbym mrugnęła powieką i już jestem „kiedy indziej”, a przecież to tak niedawno. Czas rozwija nas w pewnym kierunku. W Polsce dostosowujemy się do „szybkozmiennej” melodii, z roku na rok robimy te same rzeczy inaczej, na nowo. W Turcji mrugam i jest „na staro”, jak dawniej. Nieco przytłaczające uczucie. Ale jestem przecież Polką – już zaczynam podążać nową melodią