czwartek, 1 listopada 2012

I poleje się krew


Nie było mi łatwo. Dwanaście miesięcy temu. Ale musi stać się łatwo lub - mniej optymistycznie – łatwiej. Właściwie wcale się nie przygotowuję; nie myślę, ale i myśli nie przeganiam, nie adaptuję ciała i umysłu – mają własną nieodgadniętą zdolność regeneracji po czymś niedobrym.  Mogę nazwać Kurban Bayram niedobrym? Nie powinnam, przecież nie mnie potępiać tradycję. Tę tradycję. W tym roku jestem przygotowana, bo już wiem czego spodziewać. Bo w tym roku chowamy się za kurtyną.
Święto Ofiary to tradycja jak potężne drzewo zakorzenione aż po jądro ziemi. Niezmienne przy tym. Najważniejsze bez dwóch zdań. Święto utartych rytuałów. Krótko i bez przymiotników-ozdobników: każda rodzina składa Bogu fizyczną ofiarę z kozy, krowy czy owcy upamiętniając tym samym ofiarowanie Izaaka przez jego ojca, Abrahama. I rzeczywiście, jak zapisane w starych księgach czy tradycji ustnej, tak też się dzieje. Ofiara dzielona na trzy części trafia odpowiednio do potrzebujących, przyjaciół czy też sąsiadów, i wreszcie w pozostałej części do samego ofiarodawcy. Dla mnie ma to sens i w pełni spełnia swoją duchową rolę. Zbożne czy też dla mniej zdeklarowanych, charytatywne znaczenie, które już dawno przyblakło w odniesieniu do Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Znak czasów w Starym Świecie, gdzie żywa historia w Moim Nowym Świecie. Choć i ten Świat pokazuje, że historię można adaptować do nowej rzeczywistości.

W światłach wielkiego miasta, nieunikniony halal zwierząt (śmierć według zwyczajowych przykazań) czy też bardziej profesjonalnie – rytualny ubój, odbywa się z dala od naszych oczu, z dala od nas. Placówki dobroczynne, rządowe instytucje czy też np. komercyjne sieci supermarketów organizują ”ofiarę” w naszym zastępstwie. Wystarczy pokryć koszty zakupu zwierzątka i usług fachowca. Paczka z już niejako złożoną ofiarą trafia pod sam próg naszego domu, często odpowiednio uszczuplona o część przeznaczoną dla biednych. Wygodnie (z odpowiednią dozą sarkazmu w głosie)? Raczej pomocne bez kiwania głową czy dezaprobującego uśmieszku. Tak, tegoroczne święta spędzamy z Ptaszyskiem za tą właśnie kurtyną. 
Dwanaście miesięcy temu nie było łatwo. Powtarzam się. Owszem. Jest ku temu powód. Zeszłoroczne Święto Ofiary spędziliśmy na tureckiej wsi z całym jej „inwentarzem” – dobrodziejstwami i brutalną szorstkością. Miejsce, w którym czas zatrzymał się na dłużej. Owieczki cieszące się ostatnim wdechem i wydechem w przylegającym ścianą do domostwa niedużym budynku gospodarczym, „idą do nieba” w pobliskim ogrodzie. Jak dawniej i bezwątpienia według zwyczajowych przykazań. Kobiety przebrane za pracowite wieśniaczki już rozpalają palenisko, bo przecież tuż obok piętrzą się nieubłaganie kolejne kawałki mięsa. Ktoś przygotowuje prowizoryczny stół, gdzieś zapachniało wiejskimi plackami chleba. Czas na rodzinną ucztę. Czas na celebrację faktu, że możemy sobie na pewne dobrodziejstwa pozwolić.  I czas się nimi hojnie podzielić. Bo jest nas wokół sporo. I każdy z nas zasługuje na ową empatię jaką niesie ze sobą przesłanie święta, jak i chwilę łakomstwa raz do roku. Do tego nie potrzebny nam słownik; ani wyrazów obcych ani tych bliskoznacznym.

Ale nie było łatwo. Czy to ze względu na nieuniknioną aczkolwiek zawsze niewidoczną  brutalność mojego mięsożerstwa? Czy może na obcość postaci i tradycji (nikt nie ubiera się odświętnie, świąteczny stół stoi niezasłany białym obrusem)? Po części tak. Najbardziej jednak z powodu czasu; jakbym mrugnęła powieką i już jestem „kiedy indziej”, a przecież to tak niedawno. Czas rozwija nas w pewnym kierunku. W Polsce dostosowujemy się do „szybkozmiennej” melodii, z roku na rok robimy te same rzeczy inaczej, na nowo. W Turcji mrugam i jest „na staro”, jak dawniej. Nieco przytłaczające uczucie. Ale jestem przecież Polką – już zaczynam podążać nową melodią    

wtorek, 29 maja 2012

“Somebody that I used to know” Gotye & Kimbra


Korci mnie okropnie by wytrzeszczyć oczy rzucając w uniesieniu, że to nowy Sting pomieszany mocno w jednym buchającym muzyką kotle z Peterem Gabrielem. Ale to byłoby kreatywnie-inaczej. Klasyk. O proszę, już mi się to powiedziało. Za późno żeby odwracać kota ogonem.

Now and then I think of when we were together
Like when you said you felt so happy you could die
Told myself that you were right for me
But felt so lonely in your company
But that was love and it's an ache I still remember

Przyjemna melodia, a nich tam – nawet radosna. I to nieco rozhasane , chwilami bardzo nieskomplikowane plumkanie w historii o tym, jak to jest kiedy uczucie się kończy.
Rozpoczyna się szarpaniem strun gitary i dźwiękami syntezatora jak w dziecięcej wyliczance. Tyle, że śpiewanej jak kołysanka. Do samego końca melodia nie nabiera siły, nie rozpędza się – co niespotykane. Za to doskonale dobrane głosy pęcznieją. Jakby przekonane o całkowitej zbędności muzyki, która mogłaby im zgrabnie wtórować. Nie mają racji. Ta jest idealna.

You can get addicted to a certain kind of sadness
Like resignation to the end, always the end
So when we found that we could not make sense
Well you said that we would still be friends
But I'll admit that I was glad it was over

But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened and that we were nothing
And I don't even need your love
But you treat me like a stranger and I feel so rough
No you didn't have to stoop so low
Have your friends collect your records and then change your number
I guess that I don't need that though
Now you're just somebody that I used to know

Przyczepiła się do mnie ta piosenka zupełnie przypadkowo, i tak jak wstrętny rzep nie chce się oderwać. Z tą jednak różnicą, że nie ma w sobie absolutnie nic wstrętnego. Jest najzwyczajniej ładna.  Skonstruowana bardzo przewrotnie, bo nucę ją z uśmiechem na twarzy, a przecież słowa które temu towarzyszą są targowanie się z przeszłością. Trochę w nich goryczy i żalu, ale i zdrowego dystansu.  Podobają mi się. Słowa. Szczere, bez bolesnego naciągania i przesady. Ot prawda taka, jaką ją Pan Bóg stworzył.

Now and then I think of all the times you screwed me over
Part of me believing it was always something that I'd done
But I don't wanna live that way
Reading into every word you say
You said that you could let it go
And I wouldn't catch you hung up on somebody that you used to know

O ile Nowozelandka Kimbra była mi znana o tyle Gotye to nowe hasło w mojej encyklopedii. A nie powinno być odwrotnie? Ze mną jak zwykle wszystko gra, ale na opak. W autorskiej kolejności. Poprzekręcane, zaszyfrowane jak w kostce Rubika. Nie tak jak w tej piosence, gdzie wszystko jest we właściwym miejscu i czasie. 

But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened and that we were nothing
And I don't even need your love
But you treat me like a stranger and I feel so rough
No you didn't have to stoop so low
Have your friends collect your records and then change your number
I guess that I don't need that though
Now you're just somebody that I used to know


piątek, 4 maja 2012

Edukacja po japońsku?

Jest sobota rano. Szczeniak z sąsiedniego bloku poszczekuje na balkonie. Wtórują mu wróble ganiające się po gałęziach bliźniaczych drzew awokado. Tuż pod moim oknem. Naturalnie, niezauważalnie. I masz ci los, chwilę potem popularna melodia zapraszająca niewyspane dzieciaki do klas. Dzwonek na lekcje. Oficjalnie tureckie szkoły pracują po bożemu, od poniedziałku do piątku. A jednak w sobotę przytłaczająca większość uczniów zgodnie maszeruje do szkół wszelkiej maści rozsianych jak uporczywe chwasty w każdym sąsiedztwie. Wszystkiemu winna polityka kursów (ders, kurs), korepetycji, zajęć uzupełniających-rozszerzających-dodatkowych i innych, jeszcze mi nieznanych, ale z pewnością już wymyślonych przez przedsiębiorczych Turków. Społeczeństwo jest wyjątkowo jednogłośne jeśli chodzi o tutejszą edukację – w szkole niczego się porządnie nie nauczysz. W żadnej szkole. Publicznej? – z pewnością nie. Prestiżowej? – a gdzie tam! Stąd normalność tej nienormalnej obowiązkowości zajęć nieobowiązkowych. Trochę w stylu japońskim, gdzie kult nauki wydaje się być tak powszechny jak wdech i wydech. Tylko trochę, bo nie o potrzebę wiedzy w tym wszystkim chodzi. To nie tak, że uczniowie chcą wiedzieć, poszerzać horyzonty, budować ciekawą rzeczywistość wokół siebie. Do wyczerpującego kilkugodzinnego (dziennie) przesiadywania na zajęciach dodatkowych motywują ich… państwowe egzaminy. Turecki system edukacji obsesyjnie testuje, wymaga, rzuca kłody pod nogi, liczy punkty. Każda jednostka musi zaliczyć określoną ilość punktów. W przeciwnym razie zostanie w tyle, gdzieś na peryferiach społeczeństwa, w nic nie znaczącym miejscu. Każdy pracownik budżetówki musi sprostać określonym wymaganiom; a jaki sposób jest lepszy od starego dobrego testu? Paradoksalnie skaczę z radości, bo zostałam w ten diabelski młyn wciągnięta. I mnie ta karuzela karmi. Bo przecież jest jeszcze ten konieczny egzamin z języka angielskiego. Nie najłatwiejszy. Stąd zapotrzebowanie na dobrych edukatorów językowych jest ogromne. Udało mi się dość szczęśliwie zostać jednym z nich. Choć uczniowie potrzeby mają różne, w większości doceniają możliwość rozmowy w obcym języku. Nie mają ze mną łatwo przez moją nieznajomość tureckiego. A może mają tym lepiej? Tureccy nauczyciele języka angielskiego doskonale operują terminologią techniczną, świetnie znają gramatykę, ale (o zgrozo!) nie mówią w tym języku najlepiej. Albo w ogóle nie stosują go na zajęciach. Co ciekawe dochodzi do okropnych paradoksów - sami uczęszczają na kursy jezykowe! Sama miałam styczność z przepiekną Turczynką uczącą angielskiego w szkole podstawowej a nie potrafiacej sklecić poprawnego zdania w tym języku.
Tak czy inaczej… obowiązkowy egzamin językowy dla urzędników. Wspaniale – budujemy dwujęzyczny nowoczesny naród! A guzik! Skupieni (wbrew własnej woli zapewne) na gramatyce ucznowie zatracają niemal zupełnie zdolność komunikowania się w obcym języku. Zresztą tak jak i w Polsce. Uczenie się dla nabycia umiejętności rozróżniania między a, b czy c. Z mojego profesjonalnego punktu wiedza praca w takich grupach (często niewielkich i raczej skupionych) daje w większości satysfakcję, bo nie jestem wykładowcą któregoś tam z rzędu przedmiotu w planie lekcji, ale przedmiotu przez uczniów wyróżnionego. Posiłkując się czysto idealistyczną terminologią – przychodzą na zajęcia, bo chcą, bo właśnie ten przedmiot wybrali. Jednak w tym przypadku idealistka nie jestem. Coś mocno zgrzyta w takim systemie edukacji. Po co zatem utrzymywać szkoły publiczne? Ograniczmy się do kursów. Po co udawać, że pracujemy pięć dni w tygodniu? Zapiszmy w odpowiedniej ustawie: „Sobota dniem szkolnym”.

wtorek, 24 kwietnia 2012

„Black” Pearl Jam


Dość oczywisty wybór, zgadzam się i biję się w pierś. A właściwie nie; dlaczego miałabym pozować na entuzjastkę nieodkrytych bootlegów czy niezauważalnych ciekawostek wciśniętych w sam środek strony B? Lubię „Black”. Długo. Najdłużej. Mimo całej napęczniałej dyskoteki Pearl Jam, zastępstwa udaje mi się dotąd szczęśliwie uniknąć.
Nie rozumiem uczucia jakie wywołuje we mnie to powolne dążenie od względnej różnorodności dźwięków ku ustawicznej powtarzalności hipnotycznie monotonnej melodii. Niekończące się zakończenie przypomina mi ruchy ramion rybaków, którzy w rytmicznej hipnozie wyszarpują z objęć morza swoje sieci. I raz, i dwa… Wystukiwany na klawiszach podstawowy rytm nie milknie choć już po chwili zdaję sobie sprawę, że owych klawiszy nie słyszę.
Nie mam wątpliwości, ze melodia jest skrojona by obezwładniać. Nie znaczy to jednak, że ją rozumiem. Prostota z innego wymiaru.

Sheets of empty canvas, untouched sheets of clay
Were laid spread out before me as her body once did.
All five horizons revolved around her soul
As the earth to the sun
Now the air I tasted and breathed has taken a turn

Ooh, and all I taught her was everything
Ooh, I know she gave me all that she wore
And now my bitter hands chafe beneath the clouds
Of what was everything.
Oh, the pictures have all been washed in black, tattooed everything...

Jakoś przez tyle lat umykały mi słowa. Czy to o rozstaniu? Czy może raczej o niedostatku? Nastąpiła zmiana jakby wściekły na płótno Pollock zalał je na oślep czarną farbą. Tylko, że ta czerń boleśnie kaleczy ciało jak napijany igłą na skórę żałobny tatuaż.

I take a walk outside
I'm surrounded by some kids at play
I can feel their laughter, so why do I sear?
Oh, and twisted thoughts that spin round my head
I'm spinning, oh, I'm spinning
How quick the sun can drop away

And now my bitter hands cradle broken glass
Of what was everything?
All the pictures have all been washed in black, tattooed everything...

All the love gone bad turned my world to black
Tattooed all I see, all that I am, all I'll be...

I to dramatyczne zawołanie, które zamienia płynącą w nieskomplikowany sposób piosenkę w rozpaczliwą serenadę pełną dobrych życzeń i żałości jednocześnie. I dodaje to coś, co potrząsa sercem z ogromną siłą. Piosenka przestaje być piosenką. Staje się niebezpieczną myślą. Głośnym wrzaskiem. Pożegnalnym listem.

I know someday you'll have a beautiful life,
I know you'll be a sun in somebody else's sky, but why
Why, why can't it be, can't it be mine

Słyszałam “Black” na żywo dwukrotnie. Po raz pierwszy usypiając, przez telefon. Koncert, na którym mnie nie było z jakiegoś obłędnego powodu. Dobry Brat zadzwonił i oddał słuchawkę Eddiemu. Nieokreślone magiczne uczucie. Nie zapomnę go. Drugi raz, uciskana przez tłum rozgrzewający mnie w zimny wieczór. Koncert, na który w dramatycznych okolicznościach dotarłam. Zupełnie inne uczucie jedności z dźwiękiem, który dotąd tylko mi towarzyszył. I tego uczucia nie zapomnę.

środa, 7 marca 2012

Wszystkie kebaby Turcji

Masz ci los! Zostałam oszukana. Zwiedzona na manowce. Padłam ofiarą jednakowości. Owa jednakowość lub bezduszna wybiórczość restauratorów (tych małych i tych dużych) spłaszcza ofertę tureckiej kuchni narodowej do poziomu lepszego czy częściej gorszego dönera. Pogrozić palcem!
Bo przecież turecki wór ze smakołykami wszelkiej maści zaiste nie ma dna: nadziewane bakłażany i papryki, marynowane liście winogron, pikle z moreli, humus z ciecierzycy, börek, simit, najdziwniejsze skapane w karmelu desery czy te czy tamte meze. Dla nas przeciętniaków jednak cała moc tureckich przypraw w kebabie. Niesprawiedliwie , ale i nieświadomie identyfikujemy kebab z pokaźnych rozmiarów mięsny klocem kręcącym się wokół własnej osi na pionowym rożnie. Döner w picie, dürüm döner, döner z ryżem i surówką. Wybór iście królewski! W rzeczywistości dostajemy do ręki tylko namiastkę dania, które w swoim rodzinnym kraju i owszem jest swego rodzaju niedrogą przekąską (jak i w ojczyźnie Misia Uszatka), ale za to występującą w niezliczonej liczbie wariacji, kombinacji, konfiguracji. Kulinarna kombinatoryka po turecku!

Jest w tym całym szaleństwie jedna stała – kebab to danie mięsne. I tyle. Bo już różnorodność tego podstawowego składnika i jego przeróbka w coś soczystego i pieszczącego kubki smakowe z niezwykłą galanterią, jest przepastna. Tureccy mistrz (usta) grilluje-smaży-dusi-paruje-piecze (i owszem na pionowym rożnie) wcześniej zmielone lub posiekane: jagnięcinę, baraninę, drób, podroby, cielęcinę zatopione (lub też nie) w, tak aromatycznych, jak i tajemniczych przyprawach. Kebaby podaje się w cienkim naleśniku, często na pide (okrągłym płaskim chlebie) lub w formie szaszłyków. Zawsze z talerzem marynowanych ostrych papryczek, nieposiekaną natką pietruszki, czasem z liśćmi szczawiu lub rukoli a w sezonie z plasterkami wielkich jak selery rzodkiewek.

Kebab najlepiej smakuje w ukrytych między wrzeszczącymi szyldami znanych marek, małych restauracyjkach z kilkoma śródziemnomorskimi drewnianymi krzesłami i plastikowymi solniczkami czy miedzianymi kubkami na ayran. Miejscami tak mikroskopijnymi, że niemal tykamy się ramionami z mistrzem grillującym drobinki jagnięciny na naszych oczach.

Co zrozumiałe, bo przecież jesteśmy w Turcji, każdy kebab ma swoje pochodzenie. Innymi słowy jest specjalnością innego regionu czy miasta. I tak podawany z jogurtem a skąpany w pikantnym sosie iskender pochodzi z Bursy, z kolei długi paluch grillowanego mięsa mielonego jest specjalnością Adany. Moim faworytem jest tantuni. Przemawia za mną z pewnością lokalny patriotyzm, bo specjalizuje się w nim Mersin, ale z drugiej strony gruby pyszny placek ukrywający osobliwie podsmażane miniaturowe kawałki cielęciny i pomidorów to mistrzostwo świata. Są jeszcze cağ kebab (przypominający nieco poziomy döner) z Erzurum, osobliwy büryan, bardzo nie-włoska pizza lahmacun, baranie jelita zwijane w przypiekany kokoreç, tradycyjny şiş czy ciğerli kebabı (szaszłyk z wątróbki przetykanej jagnięcą słoniną) albo dziesiątki różnorodnych köfte. Żeby tylko wymienić kilka. Spora konkurencja dla bułki napakowanej surówkami i ściętymi z wielkiej tuby pieczonymi kawałkami kurczaka.

Odkrywam to specyficzne bogactwo w każdy poniedziałek. Tak, taki mamy grafik. Poniedziałek wszystkich kebabów Turcji to mój ulubiony dzień tygodnia.

niedziela, 5 lutego 2012

Jak morele to z Malatyi

Każda rzecz ma swój początek, swoje źródło, „jakby” dom. Pójdę pod prąd pesymizmu i stwierdzę, że nie wszystko rodzi się z metką Made in China. Z pewnością nie w Turcji. Raz, że Turcy są sami jakby w pomniejszonej śnieżnej kuli fabryki świata. Swojej własnej. Dwa, że patriotyzm konsumenta i przekonanie o wysokiej jakości produktu narodowego, dryfują na niemałym poziomie. Gospodarka kręci się jak diabelski młyn, a dosłowniej jak kolejka górska – szybko, coraz szybciej. Wszystkiego wiele, wszystko kosztuje, wszystkiego potrzeba. Jak w każdym innym miejscu. I zupełnie inaczej niż w każdym innym miejscu. Po przymrużeniu oczu świadczącym o zamyśleniu i chęci zobaczenia ostrzej tych unikających ciekawskiego wzroku szczegółów, wiem już, że sekretnym mechanizmem wprawiającym w ruch rzeczony diabelski młyn jest specyficzny regionalizm dóbr konsumenckich. Bo przecież oczywistym jest, że najlepsze morele są z Malatyi a świeża aromatyczna herbata z Rize.
W Polsce nikt nie zastanawia się, gdzie kisi się najlepsze ogórki czy skąd pochodzi najlepsze salami. W Turcji nikt się nie zastanawia, owszem. Powód jest jednak zupełnie odmienny. W Turcji każdy doskonale wie, które miasto, miasteczko czy wioska odpowiedzialne są za konkretny produkt. Substytuty są niemile widziane.
Jest w tym jakieś historyczne uwarunkowanie, które nie do końca jestem w stanie wyjaśnić. Ignorancja niedouczonej istoty. Nie mniej jednak, przynajmniej zgodnie z tym co twierdzi Ptaszysko, warunki naturalne nie są priorytetem jeśli przyjrzeć się bliżej produkcji regionalnej. Zwyczajnie ktoś kiedyś w pokręconym magle historii zadecydował, kto będzie zaopatrywał naród w określone dobra. I stąd ciągnące się po horyzont zamknięte w foliowych cieplarniach ogrody bananowe w Anamurze. Dlatego też piętrzące się góry skorup po wybornych ostrygach zalegają na zapleczach restauracji w Izmirze. Taka zabawa w Boga rozdającego stojącym w kolejce śmiertelnikom określone cechy. Wymachiwanie ręką nad mapą kraju; w prawo, w lewo, pionek tu, pionek tam. Oczywiście odpowiednio dozuję przesadę. Nie mniej jednak nie sposób uniknąć owego przyporządkowania. I to nie tylko jeśli chodzi o smakowitości, takie jak mantı z Kayseri czy chałwa z Eskişehir, bo przecież:
jak derwisze to z Konyi
jak ceramika to z Kütahyi
jak klub nocy to w Bodrum
jak mozaiki i liście laurowe to z Antakyi.
Są jeszcze pistacje z Gaziantep, lody z Kahramanmaraş, kabab z Adany, güveç z Kapadocji. Mało? To może oliwa z Ayvalıku czy orzechy laskowe z Trabzonu?
Niekończąca się lista miejsc i dobroci. Żeby tak je wszystkie ogarnąć. Żeby je schrupać.
Nam pozostaje górski oscypek i krakowski precelek.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

"A song to cheer you up" Keep Shelly In Athens


Po prawdzie ta grecka piosenka nie ma w sobie za grosz promienności. Żaden z niej gas rozweselający. Nie jest z całą pewnością nieznośnymi palcami gilgoczącymi skórę. Dmuchany zamek, kukiełkowe przedstawienie? Jest raczej jak uśmiech Mony Lisy - ezoteryczna, niewiadomo jaka. Szkoda tylko mało czytelnych słów. Z niezrozumiałych zlepków pojedynczych wyrazów wyłania się jakby kołysanka dla nie bardzo już małoletnich. Uspokój myśli, odłóż narzędzia-zabawki skrzeczące potrzebą użytkowania. Nic nie jest ci niezbędne. W tej właśnie chwili.
I tylko ostatnie tchnienie słów co nieco wyjaśnia i generuje nadzieje na obiecaną w tytule wesołość. Choć nie czarujmy się, pan Bóg nie dał Sarze P. optymizmu w głosie. Jest raczej jak twardy karmelek niż syrop klonowy.

[...] Sunny day left today
[...] Sing that song of love away
It is never too late

No tak, i jeszcze ta nie-grecka greckość. Kto by pomyślał. Klasyczny chillout a tu masz ci los – jacyś greccy ona i on. Melancholijna, prawie usypiająca, dość oczywista melodia. A jednak nigdy wcześnie niesłyszana. I chce się z zaskoczeniem otworzyć szeroko usta na tę niewykorzystaną wcześniej oczywistość.
A są w tej melodii jakby gasnące raz po raz żarówki (ktoś bawi się nocną lampką?) i stroboskopowe uderzenia w oczy/uszy. Za chwilę usłyszę jak ktoś z dymiącym w ustach papierosem coś pobrzękuje na gitarze, i jeszcze spadnie nieregularny deszcz. Choć nie dzieje się wiele, tak dużo widzę. Wyobrażam sobie. Z wszystkich obrazów i doznań potulnie zanikających w ciemności ciepłej nocy, najbardziej przemawiają do mnie właśnie te duże a za chwile małe krople deszczu i te natarczywe klikanie nakazujące odwrót i powrót jasności w jakimś wynajmowanym mieszkaniu, albo hotelu z zasłonami w oknach, które pamiętają lata 70-te ubiegłego wieku.
Bo jest coś z disco w tej (nie)rozweselającej piosence, która sprawia, że czują się szczęśliwie błogosławiona smutkiem. Oksymoron nie spod mego pióra; Paul Lester z „Guardiana” wyprzedził mnie w najlepszym układaniu myśli. Dziękuję za podpowiedź.

niedziela, 29 stycznia 2012

osiem

Czasami jestem nieznośnie nieznośna. Czasami. Powody są różne; od wierzchołków gór lodowych do rozdeptanego na płasko mrowiska. Wielkie i małe żałości. Coraz mniej czasu jednak zajmuje mi zapominanie. Kilka wyjątkowo intensywnych godzin jakiejś wewnętrznej szarpaniny, trzęsących się na wszystkie strony myśli i wracam do normalności. Z reguły ktoś musi jednak wyciągnąć do mnie rękę. Nie ruszę się ku lepszemu sama. Zadręczam Ptaszysko, doskonale o tym wiem, ale moje góry lodowe i ledwo widoczne mrowiska coś dla mnie znaczą. A kiedy coś ma znaczenie, niechciane zmiany w tym czymś zmieniają się w dramaty. Dramaty zaś zmieniają oprawę dnia w nieprzejrzystą szarzyznę a mnie w nieznośnie nieznośną babę jagę. I chciałoby mi się, żeby otoczenie wtórowało moim lamentom. Nad pękniętym paznokciem czy złamaną nogą. Jakie to niespotykanie egoistycznie podejście.
Doskonale wiem jak odwrócić karty na lepsze. Wiąże się to jednak z określoną interwencją Ptaszyska. Skąd jednak biedaczysko-Ptaszysko ma wiedzieć jakże ona wyglądać ma? Czy mogę od kogokolwiek wymagać, aby zachowywał się nienaturalnie czy wbrew sobie tylko dla mojej przyjemności?
Zastanawiam się nad tym po cichu, po burzy przy kubku zielonej herbaty z jaśminem. Ptaszysko mruczy coś mi do ucha. Jak dobrze może być, kiedy nie rozszarpują mnie sępy różnorakich trosk.

czwartek, 26 stycznia 2012

Satılık, kiralık

Jak większość nacji na świecie Turcy wywodzą się z ludów nomadzkich. Plemiennio-wędrownicze tradycje w krajach rozwiniętych zdają się być wyparte przez osiadły tryb życia. Jednym z celów , do których niezmiennie dążymy jest postawienie domu, zasadzenie drzewa i założenie rodziny, co jednoznacznie interpretujemy jako zapuszczenie korzeni w jakimś przyjemnym miejscu. W rozwijającej się w ekspresowym tempie Turcji jest oczywiście podobnie. Osiągnięcia pewnego statusu dobrobytu i zapewnienie nieprzerwalnego rozwoju gałęzi drzewa rodzinnego stają się absolutnym priorytetem w pewnym momencie życia. Wcześniej czy później. Czy oznacza to jednak, że musimy ograniczać się do jednej przestrzeni? Absolutnie nie!
Jednymi z najczęściej rzucających się w oczy w Turcji słów są „satılık” („na sprzedaż”) i „kiralık” („do wynajęcia”) . Oba dotyczą mieszkań, domów czy ziemi.
Magię przeprowadzek widać gołym okiem. Prowadząc mało naukowe obserwacje z balkonów naszego mieszkania nr 20 na 10 piętrze osiedla Rehber doszłam do zaskakujących wniosków.
Choć pasaże bloków i wieżowców ciągną się tu po horyzont i oczywistą oczywistością jest, że tysiące mieszkań przechodzi tu od czasu z rak do rąk, mimo to częstotliwość z jaką Turcy się przeprowadzają jest dla mnie zaskakująca. Puste mieszkania z ogłoszenia bez problemów znajdują nowych lokatorów. W ciągu 3 tygodni w 5 tylko (szybka poprawka – właśnie ktoś wyprowadza się z 13 piętra naszego bloku!) mieszkaniach w blokach na naszym osiedlu pojawili się nowi lokatorzy lub ktoś się wyprowadził. Średnia mówi sama za siebie. Osiedle zresztą co tu kryć nieszczególnie atrakcyjne. Ot takie zwyczajne sąsiedztwo. Co jeszcze ciekawsze, to nie jest najtańszy interes. Turcja to nie Japonia. Przestrzeni tu jest pod dostatkiem, a zatem kawalerek czy M3 ze świecą szukać. Dostępne wyłącznie w ogromnych rozmiarach mieszkania są drogie i prawie zawsze wymagające wkładu pracy w ich renowacje. Nic to dla Turka. Mało tego, w dobrym tonie (a właściwie absolutnie wskazane, a wręcz normalne) jest posiadanie domu na lato. Celowo unikam określenia „domku letniskowego”, bo Turek nie spędza upiornych upałów w pięknej drewnianej chatce nad morzem na modłę norweskich „cabins”, ale w niemal bliźniaczym blokowisku, jak to, w którym przebywa przez większą część roku. Oczywiście mieszkanie to wyróżnia się widokiem na morze i nadmorskim parkiem, do którego można zejść w parny wieczór napić się lemoniady. Nie wygoda czy spokój ma tu znaczenie, a widoki za oknem. Na dowód tego przykład: nasi znajomi posiadają urokliwy duplex za miastem, z ogrodem i tarasem. Ich letni dom, do którego tęsknią niezmiernie zimą to wielkie pudełko w jeszcze większym pudełku w sercu miasta. Pani Mama za to latem ucieka „w góry”. Trochę inaczej już, bo na co dzień mieszka w rodzinnej kamienicy a najcięższe upały spędza w nadgryzionej zębem czasu chatynce z niewielkim sadem chłodzonej naturalnym górskim powietrzem. Mocno ukrytej zresztą w równie mocno ukrytym miasteczku.
Turcy to bez wątpienia współcześni nomadowie nadający tradycji nowe oblicze nie zdając sobie zapewne nawet z tego sprawy. Są jednak i tacy, którzy nadal wędrują z dobytkiem na przeciążonych barkach osiołków i wielbłądów; ich życie zdeterminowane przez zmieniające się pory roku i terminy żniw. Jednych i drugich łączy przekonanie o zwyczajności zmian.

czwartek, 12 stycznia 2012

siedem

Utrudnianie życia tym złym powoduje ciasnotę w tzw. wolności tych przyzwoitych. Powinnam być zła na terrorystów, szmuglerów, narkomanów, złodziei, hazardzistów, bigamistów, kieszonkowców, anarchistów i całej zgrai nienazwanych złoczyńców. Ale nie jestem. Nie znoszę ich oczywiście. Nie rozumiem. Pogardzam.
Zła jestem jednak na paranoję milenijnej fali zakamuflowanej dyktatury dnia codziennego. W XIX-wiecznych konwenansach było coś grzecznego, w dzisiejszych czasach to zwyczajna napaść na wolność osobistą i budowanie cegła po cegle postępującej polityki zastraszania. Jak w wynędzniałej Korei Północnej.

Nie mogę wnieść na pokład samolotu gaszącej pragnienie wody.
Nie wejdę do centrum handlowe nie przechodząć najpierw przez bramkę ochronną.
Nie wpuszczą mnie do biura spraw zagranicznych nie rekwirując mi uprzednio dowodu osobistego.
Nie wyślę czekoladek na Walentynki do kraju ojczystego, bo są substancją zakazaną.
Nie otworzę tej strony internetowej, bo jest ocenzurowana.
Nie wolno mi wjechać do tego kraju, bo jestem zagrożeniem.
Nie mogę bez stosownego papierka i opłaconego słono notariusza załatwić zaocznie najbłahszej urzędowej sprawy (tyle z tej szumnie/dumnie ogłaszanej e-modernizacji).
Jednocześnie nie mogę przejść przez ulicę nie drżąc w panice, bo nikt nie gani nieprzestrzegajacych jakichkolwiek przepisów kierowców.
Nie mogę skarżyć się sądownie, gdy wydzwaniają do mnie banki-cuda-wianki, którym nigdy nie udostępniłam prywatnego numeru telefonu.
I jeszcze nie mogę tego i tamtego. Z miesiąca na miesiąc mogę mniej. Dla mojego własnego dobra.
Gdzie to moje dobro? Gdzie jest moja wolność uczciwego naiwniaka?

Moja przestrzeń osobista kurczy się w zaskakującym tempie, bo ktoś inny ma maniakalne skłonności, czy też jest wyrachowany, czy idzie na skróty, czy jeszcze robi na przekór. Góra powinna wychodzić naprzeciw dobrym marginalizując złych, ośmieszając ich. A tak buduje bariery tam, gdzie mi i tak już pod górkę. Tam, gdzie kreatywny przestępca nie ma wcale zamiaru zaglądać.

środa, 11 stycznia 2012

„Guilty Kisses” Ilya


Nieskończone powtórzenia. Mrukliwość niespiesznie wyśpiewanych słów. Doskonałe tło do jakiegoś przedziwnego filmu niezależnego. Do jakiejś „Exploding Girl” czy innej rozpaczliwej prostoty obrazu.
Nudno płynące dźwięki. Tym razem wyjątkowo zbędnie rozciągnięte, przydługie. Mogłyby zanikać szybciej niż w osiem minut. Tylko, że mają do opowiedzenia długą historię.
Muszą płynąć sennie, aby pomieścić
entuzjazm („nie mogę doczekać się nowego domu”),
nadzieję („może będzie inaczej”),
podejrzenia („wyczuwam coś niedobrego”),
wątpliwości („twoje pocałunki pełne winy”),
zdradę („nie byłeś mi wierny”),
gniew rozstania („zabierz swoje żałosne jestestwo ze sobą”)
i odrętwiały stan akceptacji dwubiegunowości tego co kiedyś było związkiem („choć jest mniej przytulnie, ogrzeje mnie ogień z kominka”).

Please look at me, your eyes say much
Please look at me, your eyes say much

I look forward to moving to our new place
Cozy, fireplace, bedroom set
Perfect little family, in a perfect little home

Maybe things will be different then
Maybe your kisses will be guiltless then
Your kisses are guilty kisses

Please look at me, your eyes say much
Please look at me, your eyes say much

Your kisses are guilty kisses
Have you been disloyal, I sense something is wrong
Your kisses are guilty kisses
You've been disloyal, something is definitely wrong

Maximum occupancy is two
Take your meaningless belongings and pathetic self out of this home

Please look at me, your eyes say much
Please look at me, your eyes say much

The new place may feel less cozy
And my bed may be too large and lonely
But the fireplace will keep my son and I warm
We'll bury our unhappy memories of you in the ash pile

Farewell stranger
Farewell guilty kisses
Farewell denial
Farewell

Please look at me, your eyes say much
Please look at me, your eyes say much

Mnie porusza pozorna przewidywalność “Guilty Kisses”. Wypuszczone z powietrzem słowa (jakby przy okazji oddychania), niosą ze sobą skrajne emocje. Jednocześnie płyną tym samym spowolnionym nurtem, bez podnoszenia tonu, bez żałości /radości w głosie. Niejako przez sen. Może też w samotnej dziewczęcej nietrzeźwości. I tu w tę pozorną przewidywalnść wkracza nieprzewidywalność. Mniej oczywista wersja ostatnich pięciu sekund „The Blower’s Daughter” Damiana Rice’a. Kobiety nie mają patentu na cierpienie po zdradzie stąd gobelinowa przeplatanka damsko-męskich głosów przeciągająca utwór ku końcowi słowami-klamrą, które w prosty sposób budują wartość tej piosenki. Bo przecież spojrzenie jest najważniejsze. Kiedy przestajemy na siebie patrzeć, rozkrawamy się na pół.

http://www.youtube.com/watch?v=93fdS4v-rxA

Skutki spięć elektrycznych

I znowu dostawy energii elektrycznej zostały przerwane w niezrozumiałych dla mnie okolicznościach. Pogoda jak marzenie i grzmotów jak na lekarstwo. Panowie z energetyki nie umieścili na klatce schodowej stosownego zawiadomienia o odcięciu w danym dniu prądu, a zatem nic nie zapowiadało małej katastrofy. Robotnicy drogowi rozgrzebujący raz po raz asfalt na każdej możliwej drodze pracują znacznie poniżej wysokości trakcji energetycznej. Skąd zatem awaria? Jak widać liczba kłębiących się w mojej głowie domysłów jest wyraźnie ograniczona. Zupełnie nie wiem dlaczego w Turcji niespodziewanie zanika elektryczność. Może to takie narodowe coś, albo zwyczajnie wyjątek od reguły „każde działanie jest konsekwencją innego”. Niektóre rzeczy dzieją się najwyraźniej bez sensu.
Nie to jednak jest wyjątkowe.
W mojej maleńkiej rodzinnej wiosce, kiedy gasną światła bardzo często znika też woda w kranie. Tureckie mieszkania cierpią podobnie. Z jednym ale: nie ma światła, nie ma… zimnej wody. W kraju, w którym (przynajmniej w regionach Morza Śródziemnego czy Egejskiego) woda w zbiornikach wodnych umieszczonych na dachach budynków ogrzewana jest energią słoneczną, z powodu dużego nasłonecznienia nie ma większych problemów z dostawą gorącej wody. Zimna jest pompowana ze źródeł podziemnych i kiedy brakuje prądu pompy rzecz jasna stają w miejscu. I tyle widzieliśmy się z zimną odświeżającą wodą.
Miałam raz wątpliwą przyjemność kąpieli w gorących źródłach pod własnym prysznicem. Woda jest paląca niczym popołudniowe słońce w środku lata. Wszystko wokół paruje wliczając to moją skórę. Ptaszysko oczywiście ostrzegał, ale ja przecież doskonale wiem, że przesadza. Otóż absolutnie nie przesadza. Ku przestrodze – z prysznicem w Turcji warto poczekać do wznowienia dostaw energii elektrycznej. A że nikt nie wiem jak długo awaria prądu może tu potrwać, to już materiał na osobną rozprawę.

niedziela, 8 stycznia 2012

“The Brightest Hour” The Submarines


Wzięła się skądś; nie wiadomo skąd. Bez nazwy na mojej przypadkowej playliście. Czy to się w ogóle zdarza? Zdarzyło się mi. Na domiar złego bez grama przesady reaguję alergicznie na nieludzkie twory wtórne nazywane powszechnie remixami, a ten roztapia we mnie wszystko co stałe zamieniając to w czyste ciepło. Taki tam wędrowny duet z Los Angeles opatrzył kilku wersową niecierpliwość adekwatnym tłem dźwiękowym. I już mnie nie ma, zostałam porwana.

Wandering through starry skies
And when tomorrow's day arrives
I'll be a moment closer to the
Brightest Hour here with you

Najłatwiejsze są kolaboracje z druhami z tej samej wytwórni. Bo umowy, bo kontrakty, bo klauzule i sztab managerów gryzących się na co dzień, szczęśliwie uniknione .Tylko, że ten jest jakby z innej bajki. The Submarines wyostrzeni czy też wygładzeni przez Morgana Page’a. Udoskonaleni? Też nie. Pani Blake Hazard i pan John Dragonetti nie potrzebują konserwatora uzbrojonego w miotełkę do odgarniania zbędnego pyłu. Mają własne dłuto, którym świetnie się posługują.

One step closer, getting brighter
One step closer, getting brighter

A piosenka płynie jak obłoki po nocnym niebie gilgoczące księżyc w nos. I choć wcale nie jest przytulna i milusińska, rozgrzewa i uśmiecha się niecierpliwie drepcząc w stronę jakiejś wewnętrznej iluminacji. Nie musi być to oświecenie, odkrycie boskiej obecności. Może odpoczynek po szarościach pesymizmu. Może faza akceptacji po niedobrym wydarzeniu. Może powrót natchnienia po długiej wędrówce w labiryncie mierności. A może tylko jasne niebo po lunatycznej nocy.

Wandering through starry skies
And when tomorrow’s day arrives
I'll be a moment closer to the
Brightest Hour, here with you

Lubię „The Brightest Hour” za melodyjnie wyśpiewane słowa, bez drogich ozdobników i niezrozumiałych przedłużeń sylab. I jeszcze te pojedyncze uderzenia w klawisze, jakby narodziny gwiazd i ich odejścia. Najbardziej jednak to irracjonalne przekonanie, że „wędrując po gwiaździstym niebie” po niezliczonych powtórzeniach, za każdym razem dźwięki są bliżej mnie.
Jak ktoś bliżej kogoś w tej piosence.

http://www.youtube.com/watch?v=5GTQjBh6--k

czwartek, 5 stycznia 2012

"No one knows I'm gone" Scarlett Johansson


Chciałabym lubić zabiedzony głos Toma Waitsa. Ale nie lubię. Dzięki Bogu jest natchnionym poetą, więc mogę go czytać. I jest też muzykiem o nieograniczonej wyobraźni, więc mogę wtapiać się w jego nuty. Słuchać go jednak nie potrafię. Na szczęście pożyczył naparstek swoich piosenek Scarlett Johansson dzięki czemu może wreszcie przemawiać do mnie zintegrowaną całością. Ukłon w stronę potrząsających głowami i przecierających oczy ze zdumienia przeciwników profanowania waitsowskiej spuścizny. Cóż, ja stoję po drugiej stronie barykady. Wszystko jak należy. Doskonały wybór. Wyborne połączenie.
Nie o połączeniu jednak zamierzam pisać. Raczej o bröntowskiej dziewczynie z poplątanymi wiatrem włosami, uwięzionej w jakiejś niedorzecznej rzeczywistości trawiącej jej wolność z każdej strony. O wrzosowiskach zagrzebanych w kamieniach i mchu. Może jeszcze o ponurych zamczyskach rzucających cień na angielskie pobladłe twarze.
Bo „No one knows I’m gone” jest mocno XIX-wieczna, jakby z Yorkshire czy innego połkniętego przez naturę miejsca.

Hell above and Heaven below
All the trees are gone
The rain made such a lovely sound
To those who are six feet under ground
The leaves will bury every year
And no one knows I’m gone

Historia zamknięta w 12 wersach, jak w wierszu zamkniętej w czterech ścianach Emily Dickinson. Obezwładniające poczucie przemijalności i zapomnienia spotęgowane odurzającą powtarzalnością dźwięków gitary, fletu i bębna naśladującego stopniowo zanikające bicie serca. I jeszcze krucze skrzeczenie i dziobanie po kamieniu.

Live me golden tell me dark
Hide from Graveyard John
The moon is full here every night
And I can bathe here in his light
The leaves will bury every year
And no one knows I’m gone

Dziewczyna w gorsecie ukrytym pod konserwatywną przyciężką ciemną suknią i w niewygodnych botkach zatrwożona światem, w którym żyła, odpoczywa rozpieszczana przez światło księżyca i opadające z drzew liście. I to wszystko w tej obezwładniającej piosence, która przemyka niepostrzeżenie ku zbyt szybkiemu końcowi. Jak życie XIX-wiecznej guwernantki rozszarpywanej przez niedozwolone pasje.
Idealnie rozpisany utwór.

http://www.youtube.com/watch?v=0myr6p1BCTU