Jest sobota rano. Szczeniak z sąsiedniego bloku poszczekuje na balkonie. Wtórują mu wróble ganiające się po gałęziach bliźniaczych drzew awokado. Tuż pod moim oknem. Naturalnie, niezauważalnie. I masz ci los, chwilę potem popularna melodia zapraszająca niewyspane dzieciaki do klas. Dzwonek na lekcje.
Oficjalnie tureckie szkoły pracują po bożemu, od poniedziałku do piątku. A jednak w sobotę przytłaczająca większość uczniów zgodnie maszeruje do szkół wszelkiej maści rozsianych jak uporczywe chwasty w każdym sąsiedztwie. Wszystkiemu winna polityka kursów (ders, kurs), korepetycji, zajęć uzupełniających-rozszerzających-dodatkowych i innych, jeszcze mi nieznanych, ale z pewnością już wymyślonych przez przedsiębiorczych Turków. Społeczeństwo jest wyjątkowo jednogłośne jeśli chodzi o tutejszą edukację – w szkole niczego się porządnie nie nauczysz. W żadnej szkole. Publicznej? – z pewnością nie. Prestiżowej? – a gdzie tam! Stąd normalność tej nienormalnej obowiązkowości zajęć nieobowiązkowych. Trochę w stylu japońskim, gdzie kult nauki wydaje się być tak powszechny jak wdech i wydech. Tylko trochę, bo nie o potrzebę wiedzy w tym wszystkim chodzi. To nie tak, że uczniowie chcą wiedzieć, poszerzać horyzonty, budować ciekawą rzeczywistość wokół siebie. Do wyczerpującego kilkugodzinnego (dziennie) przesiadywania na zajęciach dodatkowych motywują ich… państwowe egzaminy.
Turecki system edukacji obsesyjnie testuje, wymaga, rzuca kłody pod nogi, liczy punkty. Każda jednostka musi zaliczyć określoną ilość punktów. W przeciwnym razie zostanie w tyle, gdzieś na peryferiach społeczeństwa, w nic nie znaczącym miejscu. Każdy pracownik budżetówki musi sprostać określonym wymaganiom; a jaki sposób jest lepszy od starego dobrego testu? Paradoksalnie skaczę z radości, bo zostałam w ten diabelski młyn wciągnięta. I mnie ta karuzela karmi. Bo przecież jest jeszcze ten konieczny egzamin z języka angielskiego. Nie najłatwiejszy. Stąd zapotrzebowanie na dobrych edukatorów językowych jest ogromne. Udało mi się dość szczęśliwie zostać jednym z nich. Choć uczniowie potrzeby mają różne, w większości doceniają możliwość rozmowy w obcym języku. Nie mają ze mną łatwo przez moją nieznajomość tureckiego. A może mają tym lepiej? Tureccy nauczyciele języka angielskiego doskonale operują terminologią techniczną, świetnie znają gramatykę, ale (o zgrozo!) nie mówią w tym języku najlepiej. Albo w ogóle nie stosują go na zajęciach. Co ciekawe dochodzi do okropnych paradoksów - sami uczęszczają na kursy jezykowe! Sama miałam styczność z przepiekną Turczynką uczącą angielskiego w szkole podstawowej a nie potrafiacej sklecić poprawnego zdania w tym języku.
Tak czy inaczej… obowiązkowy egzamin językowy dla urzędników. Wspaniale – budujemy dwujęzyczny nowoczesny naród! A guzik! Skupieni (wbrew własnej woli zapewne) na gramatyce ucznowie zatracają niemal zupełnie zdolność komunikowania się w obcym języku. Zresztą tak jak i w Polsce. Uczenie się dla nabycia umiejętności rozróżniania między a, b czy c.
Z mojego profesjonalnego punktu wiedza praca w takich grupach (często niewielkich i raczej skupionych) daje w większości satysfakcję, bo nie jestem wykładowcą któregoś tam z rzędu przedmiotu w planie lekcji, ale przedmiotu przez uczniów wyróżnionego. Posiłkując się czysto idealistyczną terminologią – przychodzą na zajęcia, bo chcą, bo właśnie ten przedmiot wybrali. Jednak w tym przypadku idealistka nie jestem.
Coś mocno zgrzyta w takim systemie edukacji. Po co zatem utrzymywać szkoły publiczne? Ograniczmy się do kursów. Po co udawać, że pracujemy pięć dni w tygodniu? Zapiszmy w odpowiedniej ustawie: „Sobota dniem szkolnym”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz