
Dość oczywisty wybór, zgadzam się i biję się w pierś. A właściwie nie; dlaczego miałabym pozować na entuzjastkę nieodkrytych bootlegów czy niezauważalnych ciekawostek wciśniętych w sam środek strony B? Lubię „Black”. Długo. Najdłużej. Mimo całej napęczniałej dyskoteki Pearl Jam, zastępstwa udaje mi się dotąd szczęśliwie uniknąć.
Nie rozumiem uczucia jakie wywołuje we mnie to powolne dążenie od względnej różnorodności dźwięków ku ustawicznej powtarzalności hipnotycznie monotonnej melodii. Niekończące się zakończenie przypomina mi ruchy ramion rybaków, którzy w rytmicznej hipnozie wyszarpują z objęć morza swoje sieci. I raz, i dwa… Wystukiwany na klawiszach podstawowy rytm nie milknie choć już po chwili zdaję sobie sprawę, że owych klawiszy nie słyszę.
Nie mam wątpliwości, ze melodia jest skrojona by obezwładniać. Nie znaczy to jednak, że ją rozumiem. Prostota z innego wymiaru.
Sheets of empty canvas, untouched sheets of clay
Were laid spread out before me as her body once did.
All five horizons revolved around her soul
As the earth to the sun
Now the air I tasted and breathed has taken a turn
Ooh, and all I taught her was everything
Ooh, I know she gave me all that she wore
And now my bitter hands chafe beneath the clouds
Of what was everything.
Oh, the pictures have all been washed in black, tattooed everything...
Jakoś przez tyle lat umykały mi słowa. Czy to o rozstaniu? Czy może raczej o niedostatku? Nastąpiła zmiana jakby wściekły na płótno Pollock zalał je na oślep czarną farbą. Tylko, że ta czerń boleśnie kaleczy ciało jak napijany igłą na skórę żałobny tatuaż.
I take a walk outside
I'm surrounded by some kids at play
I can feel their laughter, so why do I sear?
Oh, and twisted thoughts that spin round my head
I'm spinning, oh, I'm spinning
How quick the sun can drop away
And now my bitter hands cradle broken glass
Of what was everything?
All the pictures have all been washed in black, tattooed everything...
All the love gone bad turned my world to black
Tattooed all I see, all that I am, all I'll be...
I to dramatyczne zawołanie, które zamienia płynącą w nieskomplikowany sposób piosenkę w rozpaczliwą serenadę pełną dobrych życzeń i żałości jednocześnie. I dodaje to coś, co potrząsa sercem z ogromną siłą. Piosenka przestaje być piosenką. Staje się niebezpieczną myślą. Głośnym wrzaskiem. Pożegnalnym listem.
I know someday you'll have a beautiful life,
I know you'll be a sun in somebody else's sky, but why
Why, why can't it be, can't it be mine
Słyszałam “Black” na żywo dwukrotnie. Po raz pierwszy usypiając, przez telefon. Koncert, na którym mnie nie było z jakiegoś obłędnego powodu. Dobry Brat zadzwonił i oddał słuchawkę Eddiemu. Nieokreślone magiczne uczucie. Nie zapomnę go. Drugi raz, uciskana przez tłum rozgrzewający mnie w zimny wieczór. Koncert, na który w dramatycznych okolicznościach dotarłam. Zupełnie inne uczucie jedności z dźwiękiem, który dotąd tylko mi towarzyszył. I tego uczucia nie zapomnę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz