Są jak tureckie dzieci - hałaśliwe, uparte, przekonane o nietykalności fundamentów własnej niezależności. Mają zdecydowany charakter pisma. I jak tureckie dzieci, które nie mówią a wrzeszczą, tureckie koty nie miauczą a zakrzykują najgłośniejsze dźwięki miasta ekstatycznym warkotem. Celowo poza jakimkolwiek rytmem. Piszczą, charczą "orgiastycznie"; jeden wariat przez drugiego, o dogodnej dla siebie porze. To jest każdej porze rzecz jasna.

Zwierzęta są tu lubiane. Kochane pewnie nie, lubiane jednak tak. Taki stan ponad akceptacją a poniżej uwielbienia. To ustaliwszy dodam, że koty w to "lubienie" są oczywiście włączone. Normą jest metodyczne (notoryczne?) dokarmianie kocurów pałętających się pomiędzy murami osiedli. Każdy płot udekorowany torbą wypełnioną po brzegi wczorajszym chlebem czy niedojedzonym kebabem, daje wyjątkowo jasne świadectwo. Otwarte kubły na śmieci (chyba też celowo) zachęcają zwierzaki do zabawy w odkrywców. Każdy park, każda wysepka zieleni między wszechobecnym betonem wydaje się ofiarną świątynią relaksu przeznaczoną dla styranych ludzi pracy, znudzonych emerytów, bezrobotnych imigrantów czy przytulających się nastolatków uciekających przed surowym spojrzeniem ojców. Wydaje się, bo w rzeczywistości to miniaturowe państwa-miasta należące do pół dzikich psów i kotów.

Zakorzenione gdzieś z jakiegoś powodu poczucie obowiązku i solidarności wobec feralnych zwierząt nawet władze zobowiązuje. W rzeczonych parkach stoją skrupulatnie oznakowane karmniki i pojniki dla tych ulicznych - kocich czy psich - wataszków. Zawsze pełne i zadbane.

Miasta nie są wolne od zwierząt, a są dla wolnych zwierząt. Czy to nie lepsze od przepełnionych schronisk ogłuszających szczekaniem, płaczem, rykiem. brudnych, często przypominających więzienia dla kogoś, kto właściwie niczym nie zawinił; cóż, tyle tylko, że urodził się psem lub kotem. Czy wolne miasta nie są lepsze? Bardziej humanitarne, tak. Ale nie przekonuje mnie do końca ten dobroczynny koncept. To jak tworzenie nowej rasy - oddawanie naturze zwierząt przecież już udomowionych. Deewolucja, która chyba jednak nie jest naturalna. Czyszczenie sumienia przez dokarmianie jest na dłuższą metę krzywdzące. Tylko, że przygarnięcie feralnego psa, który na wolności nie funkcjonuje już jako łowca, bo jest systematycznie karmiony (nie dokarmiany), a zwierzęciem domowym wtopionym w ograniczoną przestrzeń już nie jest, nie wchodzi tutaj w grę. Mało kto trzyma zwierzęta w domu. Wszyscy je lubią i o nie dbają, tylko nikt nie ich chce zabrać do domu. Czy to wina warunków? Poniekąd. Może te domy, mieszkania, wysokie apartamentowce z karuzelą balkonów przylegających do każdego okna, nie nadają się dla kotów, kociaków czy kocurów. A może dla chcącego nic trudnego?