niedziela, 5 lutego 2012

Jak morele to z Malatyi

Każda rzecz ma swój początek, swoje źródło, „jakby” dom. Pójdę pod prąd pesymizmu i stwierdzę, że nie wszystko rodzi się z metką Made in China. Z pewnością nie w Turcji. Raz, że Turcy są sami jakby w pomniejszonej śnieżnej kuli fabryki świata. Swojej własnej. Dwa, że patriotyzm konsumenta i przekonanie o wysokiej jakości produktu narodowego, dryfują na niemałym poziomie. Gospodarka kręci się jak diabelski młyn, a dosłowniej jak kolejka górska – szybko, coraz szybciej. Wszystkiego wiele, wszystko kosztuje, wszystkiego potrzeba. Jak w każdym innym miejscu. I zupełnie inaczej niż w każdym innym miejscu. Po przymrużeniu oczu świadczącym o zamyśleniu i chęci zobaczenia ostrzej tych unikających ciekawskiego wzroku szczegółów, wiem już, że sekretnym mechanizmem wprawiającym w ruch rzeczony diabelski młyn jest specyficzny regionalizm dóbr konsumenckich. Bo przecież oczywistym jest, że najlepsze morele są z Malatyi a świeża aromatyczna herbata z Rize.
W Polsce nikt nie zastanawia się, gdzie kisi się najlepsze ogórki czy skąd pochodzi najlepsze salami. W Turcji nikt się nie zastanawia, owszem. Powód jest jednak zupełnie odmienny. W Turcji każdy doskonale wie, które miasto, miasteczko czy wioska odpowiedzialne są za konkretny produkt. Substytuty są niemile widziane.
Jest w tym jakieś historyczne uwarunkowanie, które nie do końca jestem w stanie wyjaśnić. Ignorancja niedouczonej istoty. Nie mniej jednak, przynajmniej zgodnie z tym co twierdzi Ptaszysko, warunki naturalne nie są priorytetem jeśli przyjrzeć się bliżej produkcji regionalnej. Zwyczajnie ktoś kiedyś w pokręconym magle historii zadecydował, kto będzie zaopatrywał naród w określone dobra. I stąd ciągnące się po horyzont zamknięte w foliowych cieplarniach ogrody bananowe w Anamurze. Dlatego też piętrzące się góry skorup po wybornych ostrygach zalegają na zapleczach restauracji w Izmirze. Taka zabawa w Boga rozdającego stojącym w kolejce śmiertelnikom określone cechy. Wymachiwanie ręką nad mapą kraju; w prawo, w lewo, pionek tu, pionek tam. Oczywiście odpowiednio dozuję przesadę. Nie mniej jednak nie sposób uniknąć owego przyporządkowania. I to nie tylko jeśli chodzi o smakowitości, takie jak mantı z Kayseri czy chałwa z Eskişehir, bo przecież:
jak derwisze to z Konyi
jak ceramika to z Kütahyi
jak klub nocy to w Bodrum
jak mozaiki i liście laurowe to z Antakyi.
Są jeszcze pistacje z Gaziantep, lody z Kahramanmaraş, kabab z Adany, güveç z Kapadocji. Mało? To może oliwa z Ayvalıku czy orzechy laskowe z Trabzonu?
Niekończąca się lista miejsc i dobroci. Żeby tak je wszystkie ogarnąć. Żeby je schrupać.
Nam pozostaje górski oscypek i krakowski precelek.