piątek, 30 grudnia 2011

sześć

W moim nowym, ale już nie tak najnowszym otoczeniu zaczynam lubić i nie lubić. Czy to zadawnione nielubienie/uwielbienie, czy jakieś świeże podstępne maruderstwo? Myślę, że stara gwardia powoli dostosowuje się do nowych okoliczności. Jak choćby to:
Nie przeszkadzały mi dotychczas jakoś szczególnie zatłoczone ulice czy alejki sklepowe, a teraz potwornie mnie męczą. Ale zbieram się w sobie, bo jakże to nie tolerować tłumów z milionowej metropolii. Redukuję zatem moje nielubienie do poziomu antypatii dla osobników nie raczących nawet wymamrotać „przepraszam”, kiedy trącą mnie ramieniem płynąc pod prąd w ludzkiej ławicy.
Albo nie lubię dźwięków sąsiadów, bo przypominają mi, że za oknem nie ma ogródka z hamakiem i psiakiem rozgrzebującym rudawe grudki ziemi.
I jeszcze nie lubię pokruszonych chrupek na dnie paczki. I szczekających klaksonów. I proszonych kolacji. I niedopowiedzeń.
Nie lubię w nadmiarze.
A lubię szwadrony mew nurkujących w rzeczny nurt – jak zsynchronizowana zabawa w berka. Lubię też świecące bielą skały, jak odłamki antycznych domów, na naszym sekretnym polu piknikowym. I lubię pomarszczone ze starości domy na starym mieście, których okna wyciągają szyje daleko w głąb ulicy jak na Moście Złotników we Florencji. I jeszcze lubię naszyjniki suszonych bakłażanów.


I ciepły chleb z wiejskim masłem. Pytania i odpowiedzi. Eklery, białe ciastka i pistacje.
A najbardziej lubię kiedy Ptaszysko przymyka ciasno oczy i układa wargi i zęby w rogalik śmiejąc się bez opamiętania.

czwartek, 29 grudnia 2011

Flagę na maszt

Nie wiem czy Turcy kochają swój kraj. Odpowiedź na takie pytanie jest zawsze mocno zindywidualizowana. Z pewnością jednak szanują i identyfikują się z jego symbolami. Nie maja ich zbyt wiele. Być może tu leży klucz do sukcesu.
Dwa symbole, często splecone w jeden. Czerwona flaga z białym półksiężycem i gwiazdą, to pierwszy. Wizerunek Mustafy Kemala Atatütrka, to drugi. Oba są świętością o równym ciężarze znaczeniowym. Bez dyskusji. Kropka.


W Polsce flagi trzepoczą w oknach domów delikatnie to ujmując, okazjonalnie. Nawet Dzień Niepodległości czy Święto Konstytucji 3 Maja nie wzrusza nas do tego stopnia by masowo „wywiesić flagi”. Musi tragicznie zginąć prezydent kraju wraz z 90-siecioma towarzyszami podróży służących państwu intelektem czy sercem, by powiało biało-czerwono (z czarnym kirem oddającym ekstremalną dramaturgię sytuacji). Żyjemy trochę w świecie a mniej we własnej ojczyźnie uprawiając krypto-patriotyzm w masce kosmopolitów. Paradoksalnie jednak silnie demonstrując szeroko pojęty lokalny patriotyzm. Sama jestem bardziej z nad Noteci niż z Polski. Nie lubimy ogólników, wgryzamy się szczegóły.


Inaczej niż w Turcji. Kraj, z jego wadami i pięknem definiuje każdego Turka. To żadem wstyd, to powód do dumy. Stąd wszechobecne symbole. Te dwa symbole właśnie. Oprawiony w ramy Atatürk jest obowiązkowy w każdym lokalu użyteczności publicznej – w banku, u fryzjera, u kowala, u notariusza, u gastrologa. Bez wyjątków. Każda szkoła szczyci się popiersiem czy płaskorzeźbą wodza. W każdej miejscowości stoi dumny pomnik (Atatürk zamyślony, Atatürk w otoczeniu dzieci, Atatürk uśmiechający się spod uniesionych oczu). Trochę jak Jan Paweł II w Polsce, bo i postaci równoważne.



Nakazy, regulacje i ustawy znacznie łagodniej traktują flagę a jednak jest jej w Turcji nie mniej niż Ojca Turków. Głęboko zakorzeniony respekt dla, nomen omen, biało czerwonych barw narodowych, a co za tym idzie nieustająca radość i duma z ustanowienia w kraju republiki (w 1923 roku!), powodują, że gdzie wzrok nie zbłądzi tam turecka flaga. Powiewają na skąpym wietrze trochę w amerykańskim stylu, choć jak dla mnie jednak nieco mniej nachalnie i bardziej szczerze. We wszystkich rozmiarach. Bezustannie. Z okazji nielicznych świąt narodowych (Dzień Republiki, rocznica śmierci Atatürka), w obliczu nieprzewidywalnej katastrofy, czy kiedy gdzieś na wschodzie ginie turecki żołnierz. A często i bez okazji. Nie ma w niej nic z publicznego obnażenia czy szczypiącej w oczy manifestacji. Jest za to coś poruszającego w tej wierności, bo jest bezinteresowna, nie wymagająca wysiłku.


Zazdroszczę Turkom tej patriotycznej odwagi. Czuję się przy tym jak ostatnia gapa. Stąd, choć z natury socjopatycznie unikam symboli jak ognia, to 11 listopada uroczyście wywiesiłam polską flagę na tureckim balkonie. Z niecierpliwością czekam do maja na kolejną demonstrację mojej narodowości. Patriotyzm bywa jak się okazuje zaraźliwy.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Gentleman ze znaku drogowego

Nie zawsze udaje mi się zauważyć małe cudeńka, smaczki ukryte w miejscach najbardziej dostępnych dla oka – oczywistych dla tubylca a jednak odkrywcze dla „tego obcego”. Raduję się zatem niezmiernie z okazji tych nielicznych odnotowanych przeze mnie ciekawostek.
Wpatrywanie się z zapałem maniaka opłaciło się dojrzeniem czarnego od stóp do głów gentelmana w meloniku i pięknie skrojonym garniturze. Trochę Jasio Wędrowniczek z etykiety na butelce whiskey. A trochę Cary Grant z czarno-białego filmu. Nie chodzi zatem zupełnie o postać z krwi i kości, ale o malunek na znaku drogowym. Znaku przejścia dla pieszych gwoli ścisłości.


Podczas gdy dookoła (w odczłowieczonej nieco Europie) czyni się starania odczarowania wszystkiego co wydawać się może seksistowskie, łącznie z depersonifikacją bogu ducha winnych znaków drogowych, w Turcji nadal jeszcze można znaleźć eleganckie wersje europejskich kuzynów. Zresztą dotyczy to nie tylko gentelmana w meloniku indykującego popularną zebrę. Drogom i uliczkom nieopodal przedszkoli czy szkół często towarzyszą znaki, na których dziewczynka (urocze wstążki we włosach jak na filmach z lat 50-tych i rozkloszowana spódniczka) i chłopczyk (oczywisty kontrast) z teczkami w rękach beztrosko przebiegają na drugą stronę ulicy.


Na innej ulicy, tej rozkopanej i okupowanej przez robotników drogowych (przypadłość jak najbardziej uniwersalna i mocno międzynarodowa) czaruje znak drogowy z cienistą postacią umięśnionego robotnika z równo zakasanymi rękawami koszuli, zapamiętale kopiącego wielki rów, jak to i mają w zwyczaju robotnicy z krwi i kości.


I ja to zauważam. I mi się to niezmiernie podoba. I chcę tak w Europie. I na tym kropka.

czwartek, 1 grudnia 2011

Ozłocone

Nie będę opisywać tradycyjnego tureckiego wesela. Nie zamierzam poświęcać uwagi strojnych aż strach bezowych sukienek błyszczących w słońcu jak lusterka samochodów. Nie interesują mnie karnawałowy makijaż i cyrkowo natapirowane fryzury panien młodych, które trudno rozpoznać spod niemałej warstwy lakieru do włosów i brokatu na policzkach. Nie chcę skupiać się na kiczowatym ślubnym orszaku, który otwiera przebrany jak na bal konik zaprzężony w bryczkę w indyjskim stylu – bajkowo kolorowe bohomazy i uroczo pobrzękujące dzwonki. Ani na obowiązkowych fajerwerkach. Ani muzyce na żywo. Ani nawet szybujących w niebo banknotach na chwałę pary młodej.
Moją uwagę przykuwa… złoto. Nie sposób nie zauważyć, ze ten cenny metal ma duże wzięcie w Turcji. Przechadzając się zmaltretowanymi uliczkami Starego Miasta, gdzie nie zbłądzi wzrok tam jubiler czy sklep z błyskotkami ze złota. Nasłoneczniona żółcią bransoletek (bilezik), łańcuszków (kolye) czy kolczyków (küpe) szukam czegoś dla siebie.
Zaraz, zaraz. Przecież ja nawet nie lubię złota! Pokonała mnie wirusowa gorączka złota? Presja otoczenia? Nie do końca.
Żelazna zasada głosi, że w prezencie ślubnym powinno się pannę młodą ozłocić. Nie żeby ją jakoś szczególnie wyróżnić, choć i to na pewno też. Złoto ma zabezpieczyć jej przyszłość. Panu młodemu od niego wara. I choćbym marzyła o zmywarce albo wakacjach na Teneryfie z pewnością wyląduję ze złotym ubezpieczeniem na życie. Szlachetna to inicjatywa, a co ważniejsze tłumnie realizowana. Turczynki są bezwzględnie ozłocone. Wystarczy przyjrzeć im się nieco bliżej, choćby z na wpół domkniętego oka: brzęczące wzorzyste bransoletki na nadgarstkach sprzedawczyni w supermarkecie, zmatowiałe złote kolczyki w uszach babć sunących cierpliwie w kierunku bazaru, obowiązkowe amulety Nazar w złotej oprawie na szyi fryzjerki.
I tu też leży geneza moich poszukiwań. Świeżo upieczona mężatka, a zatem obowiązuje mnie złota zasada. Z dobrymi kilkoma lirami w kieszeni sprezentowanymi z okazji małego wielkiego dnia wyruszam na łowy.