Nie wiem czy Turcy kochają swój kraj. Odpowiedź na takie pytanie jest zawsze mocno zindywidualizowana. Z pewnością jednak szanują i identyfikują się z jego symbolami. Nie maja ich zbyt wiele. Być może tu leży klucz do sukcesu.
Dwa symbole, często splecone w jeden. Czerwona flaga z białym półksiężycem i gwiazdą, to pierwszy. Wizerunek Mustafy Kemala Atatütrka, to drugi. Oba są świętością o równym ciężarze znaczeniowym. Bez dyskusji. Kropka.

W Polsce flagi trzepoczą w oknach domów delikatnie to ujmując, okazjonalnie. Nawet Dzień Niepodległości czy Święto Konstytucji 3 Maja nie wzrusza nas do tego stopnia by masowo „wywiesić flagi”. Musi tragicznie zginąć prezydent kraju wraz z 90-siecioma towarzyszami podróży służących państwu intelektem czy sercem, by powiało biało-czerwono (z czarnym kirem oddającym ekstremalną dramaturgię sytuacji). Żyjemy trochę w świecie a mniej we własnej ojczyźnie uprawiając krypto-patriotyzm w masce kosmopolitów. Paradoksalnie jednak silnie demonstrując szeroko pojęty lokalny patriotyzm. Sama jestem bardziej z nad Noteci niż z Polski. Nie lubimy ogólników, wgryzamy się szczegóły.

Inaczej niż w Turcji. Kraj, z jego wadami i pięknem definiuje każdego Turka. To żadem wstyd, to powód do dumy. Stąd wszechobecne symbole. Te dwa symbole właśnie. Oprawiony w ramy Atatürk jest obowiązkowy w każdym lokalu użyteczności publicznej – w banku, u fryzjera, u kowala, u notariusza, u gastrologa. Bez wyjątków. Każda szkoła szczyci się popiersiem czy płaskorzeźbą wodza. W każdej miejscowości stoi dumny pomnik (Atatürk zamyślony, Atatürk w otoczeniu dzieci, Atatürk uśmiechający się spod uniesionych oczu). Trochę jak Jan Paweł II w Polsce, bo i postaci równoważne.


Nakazy, regulacje i ustawy znacznie łagodniej traktują flagę a jednak jest jej w Turcji nie mniej niż Ojca Turków. Głęboko zakorzeniony respekt dla, nomen omen, biało czerwonych barw narodowych, a co za tym idzie nieustająca radość i duma z ustanowienia w kraju republiki (w 1923 roku!), powodują, że gdzie wzrok nie zbłądzi tam turecka flaga. Powiewają na skąpym wietrze trochę w amerykańskim stylu, choć jak dla mnie jednak nieco mniej nachalnie i bardziej szczerze. We wszystkich rozmiarach. Bezustannie. Z okazji nielicznych świąt narodowych (Dzień Republiki, rocznica śmierci Atatürka), w obliczu nieprzewidywalnej katastrofy, czy kiedy gdzieś na wschodzie ginie turecki żołnierz. A często i bez okazji. Nie ma w niej nic z publicznego obnażenia czy szczypiącej w oczy manifestacji. Jest za to coś poruszającego w tej wierności, bo jest bezinteresowna, nie wymagająca wysiłku.

Zazdroszczę Turkom tej patriotycznej odwagi. Czuję się przy tym jak ostatnia gapa. Stąd, choć z natury socjopatycznie unikam symboli jak ognia, to 11 listopada uroczyście wywiesiłam polską flagę na tureckim balkonie. Z niecierpliwością czekam do maja na kolejną demonstrację mojej narodowości. Patriotyzm bywa jak się okazuje zaraźliwy.