poniedziałek, 5 grudnia 2011

Gentleman ze znaku drogowego

Nie zawsze udaje mi się zauważyć małe cudeńka, smaczki ukryte w miejscach najbardziej dostępnych dla oka – oczywistych dla tubylca a jednak odkrywcze dla „tego obcego”. Raduję się zatem niezmiernie z okazji tych nielicznych odnotowanych przeze mnie ciekawostek.
Wpatrywanie się z zapałem maniaka opłaciło się dojrzeniem czarnego od stóp do głów gentelmana w meloniku i pięknie skrojonym garniturze. Trochę Jasio Wędrowniczek z etykiety na butelce whiskey. A trochę Cary Grant z czarno-białego filmu. Nie chodzi zatem zupełnie o postać z krwi i kości, ale o malunek na znaku drogowym. Znaku przejścia dla pieszych gwoli ścisłości.


Podczas gdy dookoła (w odczłowieczonej nieco Europie) czyni się starania odczarowania wszystkiego co wydawać się może seksistowskie, łącznie z depersonifikacją bogu ducha winnych znaków drogowych, w Turcji nadal jeszcze można znaleźć eleganckie wersje europejskich kuzynów. Zresztą dotyczy to nie tylko gentelmana w meloniku indykującego popularną zebrę. Drogom i uliczkom nieopodal przedszkoli czy szkół często towarzyszą znaki, na których dziewczynka (urocze wstążki we włosach jak na filmach z lat 50-tych i rozkloszowana spódniczka) i chłopczyk (oczywisty kontrast) z teczkami w rękach beztrosko przebiegają na drugą stronę ulicy.


Na innej ulicy, tej rozkopanej i okupowanej przez robotników drogowych (przypadłość jak najbardziej uniwersalna i mocno międzynarodowa) czaruje znak drogowy z cienistą postacią umięśnionego robotnika z równo zakasanymi rękawami koszuli, zapamiętale kopiącego wielki rów, jak to i mają w zwyczaju robotnicy z krwi i kości.


I ja to zauważam. I mi się to niezmiernie podoba. I chcę tak w Europie. I na tym kropka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz