Nie przeszkadzały mi dotychczas jakoś szczególnie zatłoczone ulice czy alejki sklepowe, a teraz potwornie mnie męczą. Ale zbieram się w sobie, bo jakże to nie tolerować tłumów z milionowej metropolii. Redukuję zatem moje nielubienie do poziomu antypatii dla osobników nie raczących nawet wymamrotać „przepraszam”, kiedy trącą mnie ramieniem płynąc pod prąd w ludzkiej ławicy.
Albo nie lubię dźwięków sąsiadów, bo przypominają mi, że za oknem nie ma ogródka z hamakiem i psiakiem rozgrzebującym rudawe grudki ziemi.
I jeszcze nie lubię pokruszonych chrupek na dnie paczki. I szczekających klaksonów. I proszonych kolacji. I niedopowiedzeń.
Nie lubię w nadmiarze.
A lubię szwadrony mew nurkujących w rzeczny nurt – jak zsynchronizowana zabawa w berka. Lubię też świecące bielą skały, jak odłamki antycznych domów, na naszym sekretnym polu piknikowym. I lubię pomarszczone ze starości domy na starym mieście, których okna wyciągają szyje daleko w głąb ulicy jak na Moście Złotników we Florencji. I jeszcze lubię naszyjniki suszonych bakłażanów.
I ciepły chleb z wiejskim masłem. Pytania i odpowiedzi. Eklery, białe ciastka i pistacje.
A najbardziej lubię kiedy Ptaszysko przymyka ciasno oczy i układa wargi i zęby w rogalik śmiejąc się bez opamiętania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz