W Turcji mody na wiejskość nie
ma, bo wiejskość zwyczajnie jest. Zachłyśnięci jeszcze przez chwilę
konsumpcjonizmem ludzie i ludziska, zwłaszcza łaknący prawdziwego mieszczaństwa
młodzi, wiejskość ignorują, szufladkując ją chyba jednak jako nieatrakcyjną. A
starsi nie widzą w niej nic nadzwyczajnego. A my z Ptaszyskiem trochę na
hipsterską (brr…) modłę mamy hopla na punkcie organicznej prostoty i bycia od
czasu do czasu po staremu, zwyczajniej i znacznie prościej. Siedzimy
sobie na kanapie chrupiąc domowe ciasteczka i rozmawiamy (rozmarzamy?) o małym
domku w górach z tarasem i hamakiem, o własnych pomidorach, skalnia
ku i ziołach
pod płotem, o parzeniu herbaty na gorących węglach, o świeżym ciepłym chlebie z
wiejskiej piekarni, i o suszonej na słońcu i wietrze czosnkowej kiełasce.
Zwyczajność czaruje.
A w czwartek tuż popołudniu
wsiadamy w samochód i już jesteśmy w drodze. W góry! W ukryte pomiędzy
wzgórzami sezonowe miasteczka - buchające życiem latem a teraz wyludnione. W
poszukiwaniu wiejskości. Skały na których już nie ma ani grama śniegu, bo
styczniowa pogoda najwyraźniej zwariowała, malowniczo pokrywa straszliwa mgła.
Gdzieś słyszę dzikie ptaki. Kaczki? Przepiórki? Zimno nam, kiedy tak wędrujemy na
skraju szosy, wpatrując się w wysokie góry, w zieloną trawę w dolinie. A skoro
jest nam zimno to wraca do nas ten ciepły chleb i ogrzany na ruszcie smakowity
sucuk. Na skraju miasteczka jest takie miejsce przy piekarni – ręcznie sklecony
grill, piknikowy stolik z ławką, koksownik z czajnikiem na mocną herbatę.
Spełnienie rustykalnego snu. I już grzejemy ręce w ciepłym pieczywie z mięsem.
Jest pysznie! Wałęsający się duży psiak pokornie odpoczywa przy czajniku. Ptaszysko
wymienia kilka uwag ze ślepym na jedno oko piekarzem, który prostotą swojej
uprzejmości zdobywa naszą sympatię. Kończymy szklanką ciemnej ja słoma herbaty.
Kształt szklanki doskonale wpasowuje się w objęcia naszych dłoni . Ciepło nam
teraz. Kiedy śni się zwyczajnie, sny się spełniają. Zresztą sami zobaczcie…

