Sposób w jaki jesteśmy w stanie ignorować tradycyjne kampanie wyborcze typu papier i telewizja (niezatapialne w swojej stałości i monotonni) jest iście magiczny. W Turcji jednak, moja obojętność przegrywa. Zwyczajnie nie daję rady nie zauważać. A powinnam, bo przecież prawdziwa kampania wyborcza poprzedzona jest kampanią do kampanii, prezentacją kandydatów na kandydatów na wszystkie szczebla władzy - od władców podwórka po wszechwładców marionetek. W teorii zatem dostaję sporo czasu na wypielęgnowanie odpowiedniego społecznego odrętwienia.

Tegoroczne wybory przypadają na koniec marca (tuż tuż) a już pół roku wcześniej pojawiły się na ulicach miasta pierwsze plakaty wyborcze z, no właśnie, kandydatami na kandydatów (zastanawia mnie o czyje poparcie taką pre-kampanią walczą). Wielkie acz nudne jak flaki z olejem bilbordy pozbawiony jakiejkolwiek błyskotliwości czy nie daj Boże designerskiej brawury - twarz, hasło, nazwisko. Ta sama paleta barw, te same poważne miny z nikłym uśmiechem. Kompletny brak finezji. Momencik; czy to jeszcze Turcja czy już Polska?

Wybory w Polsce to bezsprzeczna dominacja gadających głów, spoty wyborcze wyśmiewające konkurencje, oraz nudne plakaty wyborcze, niekiedy mało legalnie wybite bez litości w Bogu ducha winne przydrożne drzewa. Jakieś zabłąkane ulotki w skrzynce na listy, telewizyjne debaty, od czasu do czasu jakaś śmieszna akcja typu kanapki dla stoczniowców czy jabłka dla spacerowiczów. Dziwne jak niezauważalny czy też łatwy do zignorowania jest taki stan rzeczy. Twarze z plakatów wtapiają się w tło miasta, a przecież kampania wyborcza w Polsce trwa relatywnie krótko. Znacznie krócej niż w Turcji. Znacznie łatwiej powszednieje coś co trwa dłużej. A może to zwyczajnie moje pierwsze wybory w nowym kraju... Tak czy inaczej chlubię się faktem, iż rozgryzłam system - dostrzegłam tutejszy kampanijny wzór. Ach, rozpiera mnie duma. A zatem:

1. Zaczyna się ten bałagan od stosunkowo niewinnych i uporządkowanych wizualnych prezentacji własnej osoby w miejscach do tego jak najbardziej przeznaczonych. Rzecz o plakatach wyborczych. Pojawia się też pierwsze zaciekawienie.
2. Po kilku miesiącach większa część twarz, których i tak nie potrafię od siebie odróżnić, przepływa przez niewidzialne sito selekcji i popada w próżnię; być może i polityczny niebyt. Zostają ci, którzy już z czystym sumieniem mogą umieścić partyjne logo na własnych plakatach wyborczych. Polityczne poparcie wkracza do gry. Pojawiają się biura wyborcze mocno wyjaskrawione w i tak przepełnionym przesadnym kolorytem reklam otoczeniu.
3. Rusza karuzela z ofertami - pierwsze plany projektów obywatelskich. Wspaniałe, trafiające bez pudła w potrzeby mieszkańców, a jednak absurdalnie nierealne. Nie do zrealizowania w ciągu jednej kadencji. wyobrażam sobie, ze po wyborach szybko schowane w kat i zapomniane.
4. Ostatni etap uderza w oczy i uszy. Jest irytujący, wszechobezwładniający, zwyczajnie denerwujący. Miesiąc prze wyborami rusza korowód (w sensie dosłownym) wyborczych samochodów oblepionych potężnymi wizerunkami polityków. Takie mini vany czy niekiedy autobusy ruszają w miasto z wielkimi głośnikami na dachach i umilają bezbarwność codzienności patriotyczna czy tradycyjną pieśnią. Zaciekawienie może zdziwienie, ale już po kilku dniach zżera mnie szczera nienawiść do kandydatów. Ach gdybym mogła głosować, nie głosowałabym na ten harmider dźwięków. Nie dają o sobie zapomnieć przez długi czas, mimo moich najszczerszych chęci. niekiedy zamiast muzyki, co jest chyba jeszcze bardziej przerażające, słyszę przemówienia przywódców (myślę - Orwell!), uliczne ogłoszenia parafialne o spotkaniach. A owszem - spotkania. Wykłady bez możliwości zadawania pytań, wiece samochwalcze, pouczające monologi. Postępująca intensyfikacja działań wyborczych osiąga apogeum - są ulotki u drzwi na ulicach; są telefony z biur wyborczych, a wreszcie są i flagi, a właściwie girlandy proporców z logo partii, o istnieniu których nie miałam nawet pojęcia. Miasto wygląda jakby świętowało jakąś okrągłą rocznice podniosłego wydarzenia sprzed setek lat. Każda ulica obwieszona niekończącym się sznurem proporczyków cz flag. Każde rondo, każde drzewo, krzew przyozdabia łańcuch flag niczym jakaś świąteczna ozdoba choinkowa w dziwnym rewolucyjnym guście. Ponad nimi nic już nie ma, pod nimi nic nie widać. Wzrok nie ma prawa umykać w pustą przestrzeń, bo takowej nie znajdzie. Nie zignorujesz mnie. Wielkie święto demokracji, festiwal podstawowych praw obywatelskich. Cieszmy się. Co w tym złego? Ciekawi mnie jednak co następuje dzień po... Zwijamy ozdoby, idziemy do domu czekając na kolejną okazję?
Premier gromi o naszym prawie do wyrażania niezadowolenia z poczynań władzy przy urnach. może rzeczywiście jest zatem co świętować, jeśli okazja do narzekania czy wyrażenia politycznej opinii zdarza się tylko co kilka lat.