wtorek, 28 kwietnia 2015

SIERPIEŃ 2014, KAPADOCJA

Ilekroć jesteśmy w Kapadocji jest w zasadzie podobnie, ale jednocześnie zastanawiająco inaczej. Tym razem na przykład oszalałam na punkcie kozy skubiącej trawę pośród bajkowych kominów. Cóż, przecież dla niej to przede wszystkim nie wyróżniające się niczym specjalnym miejsce, może dom, może rośliny o lepszym smaku (a może wcale nie). Nawet w Kapadocji toczy się zwyczajne dniem za dniem.


    






Naiwność sąsiedzka - wszyscy jesteśmy dla siebie

Trzepanie dywanów, otrzepywanie okruchów z obrusów na balkonie. Wiejskie nawyki w wielkim mieście. Tureckie gospodynie mają to do siebie, że zawsze znajdą jakąś niewielką czynność, która w danym dniu musi zostać wykonana. Bezwzględnie. Bezkompromisowo. Bezmyślnie?  Tradycja domu z ogrodem nie jest szczególnie widoczna w Turcji. Większość populacji mieszka w dużych miastach, gdzie toczy się wartkie życie. Nawet rozsypane po kraju wioski i niewielkie miasteczka w niczym nie przypominają tych znanych mi z Polski. Zadbane ogródki, jakiś budynek gospodarczy na graty, grill z altanką. Zupełnie nie po turecku. Tutaj dom stoi tuż przy następnym, kable elektryczne zwisają niebezpiecznie nisko acz nonszalancko nad stara kanapą postawioną przy drzwiach wejściowych, nie ma płotu; jakby to wszystko wokół było jednocześnie nasze i niczyje. Podobne wrażenie ma się w wielkim mieście. Brzydkie bloki, różniące się od siebie diametralnie (gdzie się podział lokalny planista?!) a jednak nie różniące się wcale. Stoją jeden przy drugim oddzielone niewielkim pasmem zieleni nazywanym tutaj mocno nad wyrost ogrodem. Na wsi, trochę jak przed epoką industrialną w Europie, nie dba się przesadnie o obejście, kurz za okno, stare obierki w kąt. Nie inaczej w mieście.  Bo nawet w mieście żyje się radośnie po wiejsku. Wnętrze domu jest najczęściej wymuskane, lśniące czystością, bo przecież jest codziennie doglądane przez panią domu, bo gości się nie oczekuje a jednak stale są.  Czystość to wprawdzie specyficzna, bo jednoznaczna z zagracaniem przestrzeni bibelotami, trójkątami serwetek na odbiornikach telewizyjnych czy błyszczącymi ramkami na zdjęcia i klasyczne reprodukcje. Trochę po wiktoriańsku. A jednak jest to zdecydowanie czystość, świadczy o tym choćby prosty zwyczaj zostawiania obuwia na progu przed wejściem do mieszkania. Wnętrze mojego domu to świątynia dosłownie i w przenośni. Podkreślam jeszcze raz: wnętrze. To co dzieje się poza murami to chaotyczne gromadzenie, przechowywanie i zaśmiecanie przestrzeni. Na balkonach pudła z tym i tamtym, dawno zapomniane, stare pordzewiałe albo spróchniałe meble, zachwaszczone roślinki. Podoba mi się dbanie o czystość (uwielbiam widok przewieszonych przez balustradę balkonu schnących dywanów!), nie podoba zaś powierzchowność tej czynności. Nie zrzucamy okruchów ze stołu na podłogę, ale już strzepywanie ich na głowę sąsiadom jest jak najbardziej w porządku. Co ciekawe zarząd każdego bloku w porozumieniu i za aprobatą mieszkańców ustala regulamin dopuszczalnych i niedopuszczalnych zachowań, którego przestrzeganie ma zapewnić  porządek i prawidłowe funkcjonowanie danej komórki społecznej zagnieżdżonej nieco przypadkowo w domu z betonu. W praktyce zasady pozostają zbitkiem słów zgromadzonym na papierze, jak zresztą każde w Turcji. Ptaszysko tłumaczy mi, że po latach różnorakich dyktatów, Turcy alergicznie reagują na jakiekolwiek zagrożenie, które w ich pojęciu reprezentują prawa, regulaminy i kodeksy. Każde z nich ma według nich podwójne dno. Stąd ta powszechna anarchia i stawanie plecami do najdrobniejszych zasad porządkujących przecież życie codzienne, a nawet w moim mniemaniu podnoszących komfort życia i poczucie bezpieczeństwa. Wszystko ma w Turcji swoje podłoże, nie powinnam zatem poddawać się uczuciu zdziwienia a raczej znaleźć przyczynę, próbować zrozumieć. Zresztą, widziałam już tu chyba wszystko, co dotyczy życia codziennego a może i nawet publicznego.

Stąd zastanawiam się właściwie dlaczego jeszcze zdziwił mnie wczorajszy widok starszej pani w narzuconej nonszalancko na włosy chuście chlustającej obficie wodą brudną szufelkę przechylając się za balustradę balkonu. Akt czyszczenia odbywał się wprawdzie na pierwszym piętrze a brudna woda spływała obfitą strugą na ogród, ale mimo wszystko nie znalazłam ani okruszka zrozumienia dla pani sąsiadki.  Sądzę, że nie miałaby żadnych skrupułów, gdyby jej balkon wychodził na ruchliwą ulicę czy tłoczny chodnik. Bo co to za różnica skoro jest u siebie. Nadal też kiwam głową z dezaprobatą na sąsiadkę z równoległego piętra bloku naprzeciwko, kiedy wystawia rękę za okno i z obojętnym wyrazem twarzy potrząsa spodniami od piżamy a potem obrusem i jeszcze zakurzoną ścierką. Niech kurz poniesie wiatr! I te jej zamknięte szklanymi panelami balony zagracone zgromadzonymi przedmiotami tworzące iluzję dobrobytu. A nie moglibyśmy być tak po sąsiedzku przyzwoici poza szybą okna czy granicą balkonu? Turcy to przecież też znakomici gospodarze, przyjacielscy sąsiedzi, którzy podzielą się z tobą ostatnią kromką chleba, zawiozą do szpitala, kiedy nie jesteś w stanie prowadzić, przegonią złodzieja, zaproszą na herbatę i świeże pachnące bułeczki z serem, przytrzymają drzwi, kiedy jesteś obładowany zakupami; do rany przyłóż i na ratunek. Dlaczego zatem sypią mi na głowę popiół czy rzucają piorunami jedne na drugiego tak strasznie późno w nocy? Ależ tak! Skóra cienka jak papier, przewrażliwione neurony, jędzowatość charakteru – to ja, i moje naiwne rozumienie współistnienia. To cale nie oni. Ta ja. Biję się w piersi.

piątek, 10 kwietnia 2015

NARLIKUYU, KWIECIEŃ 2015

Ciepłe powietrze praży spokojne morze. Stąd jego przezroczysto-turkusowy kolor, który rozpływa się w granat kiedy woda oddala się od lądu. A skały bielą się w słońcu i kruszą się w czasie. Idealne popołudnie!














poniedziałek, 30 marca 2015

Na dzień dobry w Turcji

I nie chodzi jednak o potoczne Merhaba (Cześć) czy grzeczne Günaydın (Dzień dobry). Zamierzam zgłębić temat śniadania, które w Turcji najważniejszym posiłkiem dnia nie jest bynajmniej tylko z nazwy.  
Czy to kwestia kultury czy może szerokości geograficznej, ale potrzeba posilania się o poranku nigdy nie była dla mnie tak oczywista. Przetrwanie do obiadu zapewniała mi średniej wielkości kanapka z serem zapakowana fachowo w papier śniadaniowy a menu leniwych weekendowych poranków prezentowało się zawsze mało atrakcyjnie;  raz drobiowa parówka a kiedy indziej jajecznica z cebulą w porywach na szynce.  Przecież za chwilę i tak nakrywamy stół do obiadu.
Na pierwszy rzut oka obrządek spożywania posiłków wywrócono w Turcji do góry nogami. Dla przybysza z północy  jakim jestem ja to takie nieodpowiedzialne pomieszane z poplątanym. Wielkie śniadanie, takie tam nic na obiad i wieczorne "wielkie żarcie" na kolację. Wszystko na opak. Czy rzeczywiście?

Turcja wpisuję się w tradycję bez obiadu stąd też zapewne dużo większe znaczenie śniadania, które powinno zapewnić ciału zastrzyk energii do wieczora, kiedy to poranny festiwal smaku powtarza się w wersji na ciepło. Doskonale przemyślana klamra – feta na dzień dobry i przyjęcie przy suto zastawionym stole na zakończenie dnia. 
Tureckie śniadanie to bogactwo smaków i długa ich celebracja, to mocno sparzona herbata podana do wszelkiej maści pikantnych wypieków, to kontemplowanie widoków za oknem czy zza balustrady balkonu, a często i wyprawa do kawiarenek, restauracji czy górskich gospód (yayla) na wiejskie śniadanie (köy kahvaltı). W każdym mieście łatwo o sklepik, w którym możemy zaopatrzyć się w produkty przeznaczone wyłącznie do spożycia na śniadanie takich jak choćby różnokolorowe oliwki skroplone przyprawioną tymiankiem i papryką oliwie, czy też sery o najdziwniejszych nazwach, teksturach i smakach, głównie kozie, najczęściej białe, czasem sypkie zmieszane z drobno krojonym pomidorem czy papryką.

I nie trudno również o tzw. salon śniadaniowy swojski zajazd oferujący domowe wyroby: wielkie naleśniki zgięte w pół (gözleme)  nafaszerowane szpinakiem, serem czy masą z ziemniaków i mięty; albo pośrednia im sikma, rulonik z mniejszego naleśnika wypełniony białym serem i pietruszką. Wymienię jeszcze, bo nie sposób pominąć  pikantnych wypieków z cienkiego ciasta (yufka) - su böreği, sigara böreği, börek z nadzieniem z ziemniaków albo szpinaku – wszystkie moje ulubione i wszystkie dla łasuchów o poranku.

Śniadanie w Turcji  to  obrządek odprawiany niekoniecznie przed ósmą rano; jego celowość to owszem napełnienie brzucha, ale przede wszystkim spokojny spacer przed codzienną gonitwą, łapanie oddechu, relaks, spotkanie  towarzyskie nawet jeśli odbywa się między mężem i żoną, nawet jeśli oboje są jeszcze w piżamach. Kiedy czas goni i nie starcza go na przygotowanie godnego posiłku i leniwe jego spożycie, Turcy wolą zupełnie pominąć domowe śniadanie. Ruszają tłumnie i głodnie do pracy, i czekają na południową przerwę, kiedy to bez pośpiechu mogą oddać się rozkoszy jedzenia. A czas jest tu pojęciem kluczowym, gdyż obfitość składników klasycznego śniadania w Turcji przyprawia o zawrót głowy. Maleńkie ceramiczne miseczki , talerzyki, patery, szklane pojemniki z wieczkiem i miedziane patelnie wypełniane są po brzegi pożywnymi smakołykami.  Miód w plastrach i ten płynny malowniczo przybrany łyżką gęstej śmietany lub z utopionymi w nim orzechami. Jajecznica tudzież omlet rzadziej jajko na twardo a częściej zakamuflowane pomiędzy podsmażaną cebulą, papryką i pomidorem w menemen , tureckim odpowiedniku omletu. Intensywnie pachnący sucuk, pikantna suszona kiełbasa podsmażana na miedzianej patelni z dwoma uszkami  czy turecki bekon czyli pokrojona w cienkie plasterki pastırma. Łyżka żółtego masła, to najlepsze znad Morza Czarnego.  Świeże od tak pokrojone pomidory, ogórek i garść pietruszki. Karuzela z wyśmienitym pieczywem: pide, simit, biały chleb! A dla łasuchów trochę czekoladowej pasty. A do picia herbata w tulipanowej filiżance prosto z piętrowego czajnika i jeszcze świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. By wymienić tylko niezbędniki. A przecież jest jeszcze pikantne drożdżówki (poaça) czy frytki z wiejskich ziemniaków. Czasem skusi kogoś tahin (pasta z sezamu )i pekmez (syrop z winogron) podawane osobno lub w jednej miseczce do samodzielnego zmieszania albo bardzo słodki dżem o konsystencji gęstego syropu.


Nauczyłam się pochylać się nad każdą grudką koziego sera i porywanym w rękach świeży chleb. I dla mnie śniadanie jest świętem, kluczowym punktem każdego dnia, niezbędnikiem, a już nie byle czym, bo burczy mi w brzuchu, bo byle nie zemdleć w południe. 

czwartek, 26 lutego 2015

piętnaście

Musze napisać o kłótni. Kryzysie, tak może nawet kryzysie. O wielkiej paplaninie po cichych dniach. Coś sprawia, że zamroczona potrzebą wyrzucenia siebie własnych prawd i racji, nie czuję głodu czy pragnienia. Nie wiem czy zasługa w tym adrenaliny, jakichś innych enzymów wytwarzanych dla budowania wahań nastrojów, czy to moje ciało, chemia czy to przypadek. Nieziemski gniew, rozczarowanie, rozpacz ponad miarę, myśli czarne jak smoła, poddanie się, czasowa katatonia, cichy szept a wreszcie kapitulacja intelektu wobec uczuć. Wszystkie etapy małżeńskiego nieporozumienia.
A po kryzysie, choć jeszcze z wisi nad głową, jeszcze rechocze czekając na kolejną sposobność; po wielkiej fali emocji, kiedy na stole leży podpisany już tekst jakiegoś marnego porozumienia, jem! Jem i piję jak oszalała. Burczy mi w brzuchu orkiestra dęta. Jakiś odurzony artysta demoluje wnętrze mojego żołądka niczym hotelową sypialnię, dając mi jednoznacznie znać, że czegoś chce. Podjadam (pożeram?) w wielkich ilościach wielkie ilości. Po kryjomu. Nie chcę się zdradzić z tym, że organizm jest już gotowy powrócić do normalności. Po kryjomu, bo chcę zachować pozory udręki - ten miecz nad głową ostrzegający, że to jeszcze nie koniec, że nie zapominam.
Nie jestem wybredna. Połykam suchy chleb szarpany w dłoniach na małe kawałki, popijam lodowatą wodę, i jeszcze pomarańczowy Apranax na młot w mojej głowie. I jestem na nowo. I już mi dość.

środa, 25 lutego 2015

Niezwyczajna dusza

Özgecan nie ma rąk, bo drapała tak mocno, że dla zatarcia dowodów genetycznych, napastnik odrąbał je. Özgecan nie ma ciała, bo zostało bestialsko poranione nożem i posiniaczone metalowym prętem. I choć jej twarz jest na rogu każdej ulicy na wielkich smutnych plakatach, tak naprawdę Özgecan nie ma nawet twarzy, bo spłonęła z resztą jej ciała porzucone w wyschłym korycie rzeki .
Turcja przywykła do aktów bezsensownej przemocy. Strona trzecia każdej gazety codziennej poświęcona jest wyłącznie zabójstwom, sutenerstwu, wielkoformatowym kradzieżom, dilerstwu i makabrycznym wypadkom samochodowym rzecz jasna. Ale przypadek Özgecan Arslan z jakiegoś powodu obudził Turcję z obojętności. Zastanawiam się nad tym szukając odpowiedzi dlaczego właśnie teraz, dlaczego ona. Zginęła ładna i bardzo młoda studentka psychologii doskonale zdająca sobie sprawę z tego w jakim otoczeniu żyje. Wiedziała, że mimo obfitego oświetlenia wieczorem w mieście dziewczyna musi oglądać się przez ramie na każdym kroku. Była ostrożna, bardzo przezorna: gaz pieprzowy w torebce, droga na przystanek autobusowy pokonana w towarzystwie przyjaciela, który czekał, aż Özgecan spojrzy na niego z okna autobusu. Odprowadził ją wzrokiem, pewnie pomachał. Kolejny przystanek pod samym domem. Miała prawo wreszcie czuć się bezpiecznie. Poruszające jest dla mnie właśnie to, że przecież w teorii kierowca autobusu jest naszym gwarantem bezpieczeństwa, obroni nas, wyrzuci z zamkniętej przestrzeni pojazdu agresora. Praca kierowcy komunikacji miejskiej to społeczna służba, czy się mylę? Oburza gwałtowność tej niewyobrażalnej zbrodni, oczywiście, ale bulwersujące jest świadomość tego, że skrzywdzić może nas każdy i jesteśmy pozbawieni jakichkolwiek miejsc, do których moglibyśmy uciec przed agresją. Nie ma schronienia a każdy jest podejrzanym.

Bo kiedy dziewczyna jest już ostatnim pasażerem, młody kierowca przechodzi metamorfozę – obrońca przeistacza się w kata. I choć dziewczyna broni się, wyrok zostaje wykonany. Ginie.
Kiedy jadę w siną dal lokalnym autobusem zwracam uwagę na przepraszająco-potępiające plakaty krzyczące z bocznej szyby. Nie godzimy się na agresję. Kierowcy przeciw przemocy. Mam mieszane uczucia. I jeszcze wizerunki dziewczyny na czarnym tle z czarną wstążką w rogu na wielkomiejskich bilbordach. Słowa zapewniające, że zbrodnia nie pozostanie bez kary. A u dołu zdjęcia nazwa partii politycznej, nazwisko jakiegoś polityka, logo jakiejś organizacji.  Özgecan uniknęła gwałtu przed śmiercią, ale została cynicznie wykorzystana już po, a to na własnym pogrzebie przez wrzeszczącą swoje programowe slogany lewicującą młodzież, a to przez partię rządząc, której prominentne persony kiwają palcem na wiecach, a to przez sama głowę państwa wysyłającą córki do pogrążonych w żałobie rodziców dziewczyny (Czyżby budowanie gruntu pod ich polityczną karierę? Ocieplanie wizerunku? A właściwie to gdzie pan był, panie prezydencie?), ktoś chce nazwać jej imieniem centrum młodzieży. Takie działanie budzą zniesmaczenie, obdzierają ofiarę z tego, co jeszcze z niej zostało – indywidualności, intymnych wspomnień, zamieniają ją w posąg, w symbol, przy którym można się ogrzać, na którego powoływanie się  gwarantuje popularność. Özgecan takim symbolem stała się mimowolnie dzięki (o zgrozo!) przestępcy, który unicestwił jej życie zanim właściwie się zaczęło. Nieliczni będą pielęgnować w pamięci jej gesty, słowa, drobne bardzo osobiste chwile. Dla ogółu, i dla mnie też, będzie dziewczyną zabitą przez obłąkanego żądzą kierowcę autobusu, dobitą i podpaloną przez jego ojca i przyjaciela. Zbrodnia rodzinna. Kryzys wychowania. Znieczulica.
Ojciec Özgecan twierdzi, że miała śmiałą chęć zostania najważniejszym psychologiem w kraju i parafrazując jego słowa, przez jej śmierć jej marzenie dziwnym trafem zostało zrealizowane. Umierając wydobyła na światło dzienne to co najgorsze w tutejszych ludziach, kulturze i obyczajowości. Obnażyła bestię. Instrumentalność w traktowaniu kobiet, ukryte dotąd pod konserwatywną chustą i modlitwą poczucie wyższości. Wreszcie to, że paranoiczne oglądanie się za siebie jest dalece uzasadnione. Dowód poprawności tej diagnozy jest tuż za rogiem: w Walentynki religijne autorytety potępiły publiczne trzymanie się za ręce a o psychopatyczne zbrodni na odnalezionej w tym dniu  ambitnej dziewczynie z sąsiedztwa milczą. Potępiać miłość, przemilczeć przemoc; czy to znaczy, że barbarzyństwo ma ich błogosławieństwo?
Będzie o Özgecan głośno, jeszcze przez kilka dni. A potem plakaty znikną, strona trzecia podwoi objętość, media wrócą do wałkowania tematu gabinetu cieni, w ogrodach przy blokach pojawią się weselni biesiadnicy. Ktoś inny przejmie pozycję najważniejszego psychologa w kraju.



P.S. Celowo zwlekałam z komentarzem na temat zabójstwa Özgecan. Emocje opadają, świat wraca do swojej nienormalnej normalności. Gryzła mnie niecna ciekawość nad żywotnością tragicznych indywidualnych historii. Dwa tygodnie "po" Özgecan jeszcze jest. Oby na jak najdłużej.  

czwartek, 19 lutego 2015

czternaście

No i dostałam za swoje. Za oknem pada śnieg! Ciemnieje od gradu! Burza; trzask i blask! Narzekałam na deszcz i pluchę to teraz mam. Dzieci szaleją łykając śnieg z rozdziabionymi do nieba buziami, wrzeszczą i piszczą z radości a ja martwię się o kwiaty na balkonie, które już zakwitły a przecież za chwile mogą zmarznąć w temperaturze pięciu stopni; wprawdzie powyżej zera, ale w warunkach śródziemnomorskich to słupek rtęci ekstremalnie nisko zlokalizowany. Ptaszysko chodzi z okna do okna oglądając śnieg pod każdym kątem: "To mój pierwszy nadmorski śnieg od 30 lat. Widok z plaży musi być niesamowity!" Ja za to drżę w zimnym pokoju, bo rzecz jasna elektryczność naszego bloku (i naszego jedynie) melodramatycznie gdzieś znika. Ach kara to dla mnie czy nagroda dla Ptaszyska?

czwartek, 12 lutego 2015

trzynaście

Deszcz padał całą noc, i deszcz przywitał mnie rankiem. Mokro i ponuro. No tak, ale wkrótce będzie zielono! Kiedy?! Trzeci dzień bezustannej zabawy w zrzucanie na mnie balonów wodnych z nieba. Cóż, może i deszcz jest romantyczny, może zmienia krajobraz na bardziej tajemniczy czy niepokojący. Może na zdrowie. Może życiodajny. Może. Ale dzisiaj nie mam ochoty na sekrety i angielski wrzosowiska. Za oknem fale Morza Śródziemnego a czuję się jak w Rize nad Morzem Czarnym. Pogoda sprawia, że robię się nieznośna. Mam wrażenia jakby niewidzialny ktoś ubrał mnie złośliwie w ciepły drapiący sweter – wszystko mnie drażni, wszystko jest głośniejsze, brzydsze, nudniejsze, nic nie wychodzi tak jak powinno. Wycieram błoto z podłogi w holu – odpada rączka mopa. Zjadam na pociechę tłustoczwartkowego pączka – czekolada ląduje na czyściutkich spodniach. Mam ochotę spać do południa utulona musującą aspiryną, bo boli głowa – sąsiedzi dają codzienny popis. Siódma rano tradycyjna kłótnia o coś tam. Za chwilę wiadomości w telewizji tak głośne, że czuję się jak w salonie rzeczonych sąsiadów. Potem jeszcze niedobra muzyka jeszcze głośniej a w zwieńczeniu sąsiedzkich wysiłków by pozbawić mnie snu wściekły-zaciekły odkurzacz, który sprawia wrażenie jakby chodził po ścianach, jakby chciał mi coś powiedzieć, pogrozić przez betonowe filary łączące nasze mieszkania. O tureckich sąsiadach napisać by książkę. A nie mówiłam? Trzy dni z deszczem i wystawiam kolce.

piątek, 6 lutego 2015

dwanaście

Na balkonie jest słonecznie. Prażymy się w słońcu siedząc na starych drewnianych krzesłach pomalowanych niedbale na biało. Siedzimy w piżamach. Na ulicy, w dole szum. Ktoś rozmawia głośno przez telefon na balkonie obok, słyszę sprzedawcę simitów – takie chrupiące, najświeższe! Wyglądam przez balustradę, żeby zidentyfikować głos rybaka, którego gromki melodyjny krzyk odbija się echem od ścian pobliskich bloków: „Taze balık! Balık! Balık! (Świeża ryba! Ryba! Ryba!).” Acha! – oznajmia Ptaszysko. Ogląda nasz mały ogród, szuka pączków w miniaturowych krzakach frezji. Są! 

Przypominają zielone kłosy pszenicy. Jeszcze się nie unoszą na wietrze. Jeszcze chowają się między liśćmi, które z kolei wyglądają jak niedorosła trzcina nad jeziorem. Ale za chwilę (choć za wcześnie) ruszy machina – pojawią się kwiaty, zlecą się pszczoły wyczuwające nasz mały raj wyraźnie wśród pustych balkonów sąsiadów (pomijając te zamienione w wystawione na widok publiczny graciarni, ech…). Zapachnie. Wiosna, ach to ty!



czwartek, 5 lutego 2015

jedenaście

Czekając na zamówienie niewielkiej restauracji rybnej, gdzieś w pobocznej uliczce odpryskującej od głównej arterii miasta, zaglądamy ukradkiem przez okno. Raz ja, raz Ptaszysko. I myślimy dokładnie o tym samym. Szybko szeptem komentujemy to co widzimy i dzielimy się jakąś głębszą refleksją na temat upływu czasu czy też pokrętnych kierunków przychodzących zmian. Do rzeczy. Po prostu – zakryte w chustach włosy i szyje, zakamuflowane ramiona, długie nieładne płaszcze. Konserwatywne Turczynki i napływowe Arabki. W sąsiedztwie sympatycznie zwyczajnej serwującej znakomite jedzenie restauracji czujemy się nagle jak niekonwencjonalna rodzina, jak dziwni ludzie, bo nie ukrywam włosów a Ptaszysko jest jak najbardziej na „tak”. A zatem nagle, zupełnie niespodziewanie czujemy się mniejszością. Ale jak to? Mieszkam w kraju wprawdzie świeckim, ale zdominowanym przez wyznawców Islamu, czego się zatem spodziewałam. Ale cztery lata temu, kiedy pojawiłam się w Turcji krajobraz dnia codziennego, ulicy wyglądał zgoła inaczej; religia czy też czyjeś poglądy nie ujawniały się wizualnie, a raczej w rozmowie czy dyskusji. W te kilka lat świat się przewrócił do góry nogami. Większa swoboda i tolerancja? A może demonstracja w celu pozyskania przywilejów, może chęć przypodobania się tym, którzy obecnie coś znaczą? Może autentyczne uduchowienie? 
Kobiety na targu warzywnym, nad morzem w obszernych „koszernych” strojach kąpielowych, kobiety w centrum handlowym wybierające kieliszki do wina (hipokryzja?), reporterki w telewizji, które jeszcze może rok czy dwa lata temu występowały z głębokim dekoltem i w szpilkach aż do nieba, parlamentarzystki-figurantki (niestety), aktorki i celebrytki. Są też wreszcie Syryjki; niekiedy ukryte pod czarną szatą w czarnych skórzanych rękawiczkach. Nauczyłam się rozpoznawać style wiązania chusty, ich kolorystykę (Ptaszysko twierdzi, że Turczynki okrywają się obecnie na wzór arabski, że odeszły od tradycyjnego, dość swobodnego wiązania). Wiem od tak, kto mija mnie na ulicy. Tylko, że teraz chusta jest tak wszechobecna, że nie zastanawiam się nad nią. Nie mam na to czasu, między jedną a drugą. I jednak tym chustą nie ufam, bo chusta nie czyni człowieka, nie wybiela go, nie determinuje charakteru. Widzę to naprawdę codziennie. Przykład na przykładzie góra wątpliwości i nieufności z mojej strony. Może piszę brzydko, może pojawiło się u mnie nagle niepoprawne politycznie  uprzedzenie, ale jest jak jest. Obserwuję i myślę, formuję opinie.


Siedzimy z Ptaszyskiem nad pyszną zupą rybną i zastanawiamy się co się ostatnio dzieje w kraju, na „naszym” podwórku. Trudno jednoznacznie określić czy prze do przodu czy gwałtownie zawraca. Mamy oboje wspólną teorię. Zgadzamy się w punkt. Ekspansja konserwatywnych kobiet i napływ zakrytych acz oddychających tutaj pełną piersią Syryjek (niekiedy tak jeszcze bardzo młodych a już zakrytych dziewczynek) utwierdza nas w słuszności naszych przemyśleń. Smutno nam z tego powodu.  Czy się martwię? Nie, ale jest mi z pewnością nieswojo.

en.wikipedia.orgwww.newspakistan.pk

wtorek, 3 lutego 2015

dziesięć

Postanowienie noworoczne? Typowe dla bogini domowego ogniska – nie będziesz wyrzucać chleba na bruk jak i każdego jadalnego kęsa czegokolwiek. Takie to mało światowe, pozbawione wyobraźni założenie. Cóż, Ptaszysko zauważyło, że przekształcam się, wprawdzie ślimaczym tempem, ale  jednak; przekształcam się w kurę domową. Nie przepadam za tym określeniem. Niesie w sobie negatywne konotacje i sporą dozę pogardy. Bo pewnie nic innego nie umiem, bo niczym się nie interesuję, bo jestem ograniczona. Przyznaję, mnie także zdarza się myśleć podobnie, ale widzę też jak wiele umiejętności, choćby tylko manualnych, niesie ze sobą to określenie. A zatem nie obrażam się i robię co mi się podoba, co sobie postanowiłam. Nie jest to najłatwiejsze zadanie w Turcji, gdzie przecier pomidorowy sprzedaje się w litrowych słoikach a cukier w pięciokilogramowych paczkach, gdzie chcąc kupić jedną czy dwie papryki do sałatki narażamy się na drwinę, ba nawet gniew sprzedawcy. Ptaszysko, które jest odpowiedzialne za zakupy na targu trochę już ochłonęło i przyzwyczaiło się do kupowania mniejszych ilości warzyw. A ja, pani domu pełną gębą, przygotowuję tygodniowe menu, więc doskonale wiem czeka nam potrzeba. Piękny obrazek. Może niezbyt typowe z nas tureckie gospodarstwo domowe, ale obrazek zaiste piękny. No i jest zgrzyt, choć w swoim zgrzytaniu raczej pozytywny. Pani Mama. Kilka dni temu Ptaszysko wróciło z wyprawy „za góry i lasy” do Pani Mamy właśnie. Wrócił zakopany w paczkach, pakach i paczuszkach. Kilogramy jogurtu, wielkie słoje dżemów, plastikowe pudła gotowych potraw i wreszcie dwie skrzynie lokalnych bananów. Najlepszych, co prawda to prawda. Ale dwie skrzynie??? 

I już po moim postanowieniu, bo co ja z tymi bananami zrobię. Poddać się? Za żadne skarby! Zwijam więc na głowie chustę w turban, bo włosy lecą jak oszalałe, i pichcę. Ciasto bananowo-czekoladowe, naleśniki z bananami, banany w miodzie ze śmietaną, kopiec kreta (rzecz jasna), bananowy milkshake, pudding, a jeszcze przy okazji ayran z kwaśniejącego jogurtu i ciasta z figowym dżemem, który słodki aż zęby trzeszczą i którego w brud, i jeszcze suszę papryczki chilli, których nikt nie zje i zamrażam w oliwie tracący kolor koperek, i mielę chleb na bułkę tartą a skórki pomarańczy i cytryn zalewam syropem i hop do słoika. Mija dopiero pierwszy miesiąc nowego roku a już mam pełne ręce roboty. Rękawy w górę i biała flaga w kąt. Wytrwam, nawet w Turcji.


piątek, 30 stycznia 2015

dziewięć

W Turcji mody na wiejskość nie ma, bo wiejskość zwyczajnie jest. Zachłyśnięci jeszcze przez chwilę konsumpcjonizmem ludzie i ludziska, zwłaszcza łaknący prawdziwego mieszczaństwa młodzi, wiejskość ignorują, szufladkując ją chyba jednak jako nieatrakcyjną. A starsi nie widzą w niej nic nadzwyczajnego. A my z Ptaszyskiem trochę na hipsterską (brr…) modłę mamy hopla na punkcie organicznej prostoty i bycia od czasu do czasu po staremu, zwyczajniej i znacznie prościej. Siedzimy sobie na kanapie chrupiąc domowe ciasteczka i rozmawiamy (rozmarzamy?) o małym domku w górach z tarasem i hamakiem, o własnych pomidorach, skalnia
ku i ziołach pod płotem, o parzeniu herbaty na gorących węglach, o świeżym ciepłym chlebie z wiejskiej piekarni, i o suszonej na słońcu i wietrze czosnkowej kiełasce. Zwyczajność czaruje.


A w czwartek tuż popołudniu wsiadamy w samochód i już jesteśmy w drodze. W góry! W ukryte pomiędzy wzgórzami sezonowe miasteczka - buchające życiem latem a teraz wyludnione. W poszukiwaniu wiejskości. Skały na których już nie ma ani grama śniegu, bo styczniowa pogoda najwyraźniej zwariowała, malowniczo pokrywa straszliwa mgła. Gdzieś słyszę dzikie ptaki. Kaczki? Przepiórki? Zimno nam, kiedy tak wędrujemy na skraju szosy, wpatrując się w wysokie góry, w zieloną trawę w dolinie. A skoro jest nam zimno to wraca do nas ten ciepły chleb i ogrzany na ruszcie smakowity sucuk. Na skraju miasteczka jest takie miejsce przy piekarni – ręcznie sklecony grill, piknikowy stolik z ławką, koksownik z czajnikiem na mocną herbatę. Spełnienie rustykalnego snu. I już grzejemy ręce w ciepłym pieczywie z mięsem. Jest pysznie! Wałęsający się duży psiak pokornie odpoczywa przy czajniku. Ptaszysko wymienia kilka uwag ze ślepym na jedno oko piekarzem, który prostotą swojej uprzejmości zdobywa naszą sympatię. Kończymy szklanką ciemnej ja słoma herbaty. Kształt szklanki doskonale wpasowuje się w objęcia naszych dłoni . Ciepło nam teraz. Kiedy śni się zwyczajnie, sny się spełniają. Zresztą sami zobaczcie…