Musze napisać o kłótni. Kryzysie, tak może nawet kryzysie. O wielkiej paplaninie po cichych dniach. Coś sprawia, że zamroczona potrzebą wyrzucenia siebie własnych prawd i racji, nie czuję głodu czy pragnienia. Nie wiem czy zasługa w tym adrenaliny, jakichś innych enzymów wytwarzanych dla budowania wahań nastrojów, czy to moje ciało, chemia czy to przypadek. Nieziemski gniew, rozczarowanie, rozpacz ponad miarę, myśli czarne jak smoła, poddanie się, czasowa katatonia, cichy szept a wreszcie kapitulacja intelektu wobec uczuć. Wszystkie etapy małżeńskiego nieporozumienia.
A po kryzysie, choć jeszcze z wisi nad głową, jeszcze rechocze czekając na kolejną sposobność; po wielkiej fali emocji, kiedy na stole leży podpisany już tekst jakiegoś marnego porozumienia, jem! Jem i piję jak oszalała. Burczy mi w brzuchu orkiestra dęta. Jakiś odurzony artysta demoluje wnętrze mojego żołądka niczym hotelową sypialnię, dając mi jednoznacznie znać, że czegoś chce. Podjadam (pożeram?) w wielkich ilościach wielkie ilości. Po kryjomu. Nie chcę się zdradzić z tym, że organizm jest już gotowy powrócić do normalności. Po kryjomu, bo chcę zachować pozory udręki - ten miecz nad głową ostrzegający, że to jeszcze nie koniec, że nie zapominam.
Nie jestem wybredna. Połykam suchy chleb szarpany w dłoniach na małe kawałki, popijam lodowatą wodę, i jeszcze pomarańczowy Apranax na młot w mojej głowie. I jestem na nowo. I już mi dość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz