Deszcz padał
całą noc, i deszcz przywitał mnie rankiem. Mokro i ponuro. No tak, ale wkrótce będzie
zielono! Kiedy?! Trzeci dzień bezustannej zabawy w zrzucanie na mnie balonów
wodnych z nieba. Cóż, może i deszcz jest romantyczny, może zmienia krajobraz na
bardziej tajemniczy czy niepokojący. Może na zdrowie. Może życiodajny. Może.
Ale dzisiaj nie mam ochoty na sekrety i angielski wrzosowiska. Za oknem fale Morza
Śródziemnego a czuję się jak w Rize nad Morzem Czarnym. Pogoda sprawia, że
robię się nieznośna. Mam wrażenia jakby niewidzialny ktoś ubrał mnie złośliwie w
ciepły drapiący sweter – wszystko mnie drażni, wszystko jest głośniejsze,
brzydsze, nudniejsze, nic nie wychodzi tak jak powinno. Wycieram błoto z
podłogi w holu – odpada rączka mopa. Zjadam na pociechę tłustoczwartkowego
pączka – czekolada ląduje na czyściutkich spodniach. Mam ochotę spać do
południa utulona musującą aspiryną, bo boli głowa – sąsiedzi dają codzienny popis. Siódma rano
tradycyjna kłótnia o coś tam. Za chwilę wiadomości w telewizji tak głośne, że
czuję się jak w salonie rzeczonych sąsiadów. Potem jeszcze niedobra muzyka
jeszcze głośniej a w zwieńczeniu sąsiedzkich wysiłków by pozbawić mnie snu
wściekły-zaciekły odkurzacz, który sprawia wrażenie jakby chodził po ścianach,
jakby chciał mi coś powiedzieć, pogrozić przez betonowe filary łączące nasze
mieszkania. O tureckich sąsiadach napisać by książkę. A nie mówiłam? Trzy dni z
deszczem i wystawiam kolce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz