czwartek, 12 lutego 2015

trzynaście

Deszcz padał całą noc, i deszcz przywitał mnie rankiem. Mokro i ponuro. No tak, ale wkrótce będzie zielono! Kiedy?! Trzeci dzień bezustannej zabawy w zrzucanie na mnie balonów wodnych z nieba. Cóż, może i deszcz jest romantyczny, może zmienia krajobraz na bardziej tajemniczy czy niepokojący. Może na zdrowie. Może życiodajny. Może. Ale dzisiaj nie mam ochoty na sekrety i angielski wrzosowiska. Za oknem fale Morza Śródziemnego a czuję się jak w Rize nad Morzem Czarnym. Pogoda sprawia, że robię się nieznośna. Mam wrażenia jakby niewidzialny ktoś ubrał mnie złośliwie w ciepły drapiący sweter – wszystko mnie drażni, wszystko jest głośniejsze, brzydsze, nudniejsze, nic nie wychodzi tak jak powinno. Wycieram błoto z podłogi w holu – odpada rączka mopa. Zjadam na pociechę tłustoczwartkowego pączka – czekolada ląduje na czyściutkich spodniach. Mam ochotę spać do południa utulona musującą aspiryną, bo boli głowa – sąsiedzi dają codzienny popis. Siódma rano tradycyjna kłótnia o coś tam. Za chwilę wiadomości w telewizji tak głośne, że czuję się jak w salonie rzeczonych sąsiadów. Potem jeszcze niedobra muzyka jeszcze głośniej a w zwieńczeniu sąsiedzkich wysiłków by pozbawić mnie snu wściekły-zaciekły odkurzacz, który sprawia wrażenie jakby chodził po ścianach, jakby chciał mi coś powiedzieć, pogrozić przez betonowe filary łączące nasze mieszkania. O tureckich sąsiadach napisać by książkę. A nie mówiłam? Trzy dni z deszczem i wystawiam kolce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz