Özgecan nie ma
rąk, bo drapała tak mocno, że dla zatarcia dowodów genetycznych, napastnik
odrąbał je. Özgecan nie ma ciała, bo zostało bestialsko poranione nożem i
posiniaczone metalowym prętem. I choć jej twarz jest na rogu każdej ulicy na
wielkich smutnych plakatach, tak naprawdę Özgecan nie ma nawet twarzy, bo
spłonęła z resztą jej ciała porzucone w wyschłym korycie rzeki .
Turcja
przywykła do aktów bezsensownej przemocy. Strona trzecia każdej gazety
codziennej poświęcona jest wyłącznie zabójstwom, sutenerstwu, wielkoformatowym kradzieżom,
dilerstwu i makabrycznym wypadkom samochodowym rzecz jasna. Ale przypadek Özgecan Arslan z jakiegoś powodu obudził Turcję z obojętności. Zastanawiam się nad tym
szukając odpowiedzi dlaczego właśnie teraz, dlaczego ona. Zginęła ładna i
bardzo młoda studentka psychologii doskonale zdająca sobie sprawę z tego w
jakim otoczeniu żyje. Wiedziała, że mimo obfitego oświetlenia wieczorem w mieście dziewczyna
musi oglądać się przez ramie na każdym kroku. Była ostrożna, bardzo przezorna: gaz
pieprzowy w torebce, droga na przystanek autobusowy pokonana w towarzystwie
przyjaciela, który czekał, aż Özgecan spojrzy na niego z okna autobusu.
Odprowadził ją wzrokiem, pewnie pomachał. Kolejny przystanek pod samym domem.
Miała prawo wreszcie czuć się bezpiecznie. Poruszające jest dla mnie właśnie
to, że przecież w teorii kierowca autobusu jest naszym gwarantem
bezpieczeństwa, obroni nas, wyrzuci z zamkniętej przestrzeni pojazdu agresora.
Praca kierowcy komunikacji miejskiej to społeczna służba, czy się mylę? Oburza
gwałtowność tej niewyobrażalnej zbrodni, oczywiście, ale bulwersujące jest
świadomość tego, że skrzywdzić może nas każdy i jesteśmy pozbawieni
jakichkolwiek miejsc, do których moglibyśmy uciec przed agresją. Nie ma schronienia
a każdy jest podejrzanym.
Bo kiedy
dziewczyna jest już ostatnim pasażerem, młody kierowca przechodzi metamorfozę –
obrońca przeistacza się w kata. I choć dziewczyna broni się, wyrok zostaje wykonany.
Ginie.
Kiedy jadę w
siną dal lokalnym autobusem zwracam uwagę na przepraszająco-potępiające plakaty
krzyczące z bocznej szyby. Nie godzimy się na agresję. Kierowcy przeciw
przemocy. Mam mieszane uczucia. I jeszcze wizerunki dziewczyny na czarnym tle z
czarną wstążką w rogu na wielkomiejskich bilbordach. Słowa zapewniające, że zbrodnia nie pozostanie bez kary.
A u dołu zdjęcia nazwa partii politycznej, nazwisko jakiegoś polityka, logo
jakiejś organizacji. Özgecan uniknęła
gwałtu przed śmiercią, ale została cynicznie wykorzystana już po, a to na własnym pogrzebie przez wrzeszczącą swoje programowe slogany lewicującą młodzież, a to
przez partię rządząc, której prominentne persony kiwają palcem na wiecach, a to
przez sama głowę państwa wysyłającą córki do pogrążonych w żałobie rodziców
dziewczyny (Czyżby budowanie gruntu pod ich polityczną karierę? Ocieplanie wizerunku? A właściwie to gdzie pan był, panie prezydencie?), ktoś chce nazwać jej imieniem centrum młodzieży.
Takie działanie budzą zniesmaczenie, obdzierają ofiarę z tego, co jeszcze z
niej zostało – indywidualności, intymnych wspomnień, zamieniają ją w posąg, w
symbol, przy którym można się ogrzać, na którego powoływanie się gwarantuje popularność. Özgecan takim symbolem
stała się mimowolnie dzięki (o zgrozo!) przestępcy, który unicestwił jej życie
zanim właściwie się zaczęło. Nieliczni będą pielęgnować w pamięci jej gesty,
słowa, drobne bardzo osobiste chwile. Dla ogółu, i dla mnie też, będzie dziewczyną
zabitą przez obłąkanego żądzą kierowcę autobusu, dobitą i podpaloną przez jego
ojca i przyjaciela. Zbrodnia rodzinna. Kryzys wychowania. Znieczulica.
Ojciec Özgecan twierdzi,
że miała śmiałą chęć zostania najważniejszym psychologiem w kraju i
parafrazując jego słowa, przez jej śmierć jej marzenie dziwnym trafem zostało
zrealizowane. Umierając wydobyła na światło dzienne to co
najgorsze w tutejszych ludziach, kulturze i obyczajowości. Obnażyła bestię.
Instrumentalność w traktowaniu kobiet, ukryte dotąd pod konserwatywną chustą i
modlitwą poczucie wyższości. Wreszcie to, że paranoiczne oglądanie się za
siebie jest dalece uzasadnione. Dowód poprawności tej diagnozy jest tuż
za rogiem: w Walentynki religijne autorytety potępiły publiczne trzymanie się
za ręce a o psychopatyczne zbrodni na odnalezionej w tym dniu ambitnej dziewczynie z sąsiedztwa
milczą. Potępiać miłość, przemilczeć przemoc; czy to znaczy, że barbarzyństwo ma
ich błogosławieństwo?
Będzie o Özgecan
głośno, jeszcze przez kilka dni. A potem plakaty znikną, strona trzecia podwoi objętość,
media wrócą do wałkowania tematu gabinetu cieni, w ogrodach przy blokach
pojawią się weselni biesiadnicy. Ktoś inny przejmie pozycję najważniejszego
psychologa w kraju.
P.S. Celowo
zwlekałam z komentarzem na temat zabójstwa Özgecan. Emocje opadają, świat wraca
do swojej nienormalnej normalności. Gryzła mnie niecna ciekawość nad żywotnością tragicznych
indywidualnych historii. Dwa tygodnie "po" Özgecan jeszcze jest. Oby na jak
najdłużej.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz