poniedziałek, 30 marca 2015

Na dzień dobry w Turcji

I nie chodzi jednak o potoczne Merhaba (Cześć) czy grzeczne Günaydın (Dzień dobry). Zamierzam zgłębić temat śniadania, które w Turcji najważniejszym posiłkiem dnia nie jest bynajmniej tylko z nazwy.  
Czy to kwestia kultury czy może szerokości geograficznej, ale potrzeba posilania się o poranku nigdy nie była dla mnie tak oczywista. Przetrwanie do obiadu zapewniała mi średniej wielkości kanapka z serem zapakowana fachowo w papier śniadaniowy a menu leniwych weekendowych poranków prezentowało się zawsze mało atrakcyjnie;  raz drobiowa parówka a kiedy indziej jajecznica z cebulą w porywach na szynce.  Przecież za chwilę i tak nakrywamy stół do obiadu.
Na pierwszy rzut oka obrządek spożywania posiłków wywrócono w Turcji do góry nogami. Dla przybysza z północy  jakim jestem ja to takie nieodpowiedzialne pomieszane z poplątanym. Wielkie śniadanie, takie tam nic na obiad i wieczorne "wielkie żarcie" na kolację. Wszystko na opak. Czy rzeczywiście?

Turcja wpisuję się w tradycję bez obiadu stąd też zapewne dużo większe znaczenie śniadania, które powinno zapewnić ciału zastrzyk energii do wieczora, kiedy to poranny festiwal smaku powtarza się w wersji na ciepło. Doskonale przemyślana klamra – feta na dzień dobry i przyjęcie przy suto zastawionym stole na zakończenie dnia. 
Tureckie śniadanie to bogactwo smaków i długa ich celebracja, to mocno sparzona herbata podana do wszelkiej maści pikantnych wypieków, to kontemplowanie widoków za oknem czy zza balustrady balkonu, a często i wyprawa do kawiarenek, restauracji czy górskich gospód (yayla) na wiejskie śniadanie (köy kahvaltı). W każdym mieście łatwo o sklepik, w którym możemy zaopatrzyć się w produkty przeznaczone wyłącznie do spożycia na śniadanie takich jak choćby różnokolorowe oliwki skroplone przyprawioną tymiankiem i papryką oliwie, czy też sery o najdziwniejszych nazwach, teksturach i smakach, głównie kozie, najczęściej białe, czasem sypkie zmieszane z drobno krojonym pomidorem czy papryką.

I nie trudno również o tzw. salon śniadaniowy swojski zajazd oferujący domowe wyroby: wielkie naleśniki zgięte w pół (gözleme)  nafaszerowane szpinakiem, serem czy masą z ziemniaków i mięty; albo pośrednia im sikma, rulonik z mniejszego naleśnika wypełniony białym serem i pietruszką. Wymienię jeszcze, bo nie sposób pominąć  pikantnych wypieków z cienkiego ciasta (yufka) - su böreği, sigara böreği, börek z nadzieniem z ziemniaków albo szpinaku – wszystkie moje ulubione i wszystkie dla łasuchów o poranku.

Śniadanie w Turcji  to  obrządek odprawiany niekoniecznie przed ósmą rano; jego celowość to owszem napełnienie brzucha, ale przede wszystkim spokojny spacer przed codzienną gonitwą, łapanie oddechu, relaks, spotkanie  towarzyskie nawet jeśli odbywa się między mężem i żoną, nawet jeśli oboje są jeszcze w piżamach. Kiedy czas goni i nie starcza go na przygotowanie godnego posiłku i leniwe jego spożycie, Turcy wolą zupełnie pominąć domowe śniadanie. Ruszają tłumnie i głodnie do pracy, i czekają na południową przerwę, kiedy to bez pośpiechu mogą oddać się rozkoszy jedzenia. A czas jest tu pojęciem kluczowym, gdyż obfitość składników klasycznego śniadania w Turcji przyprawia o zawrót głowy. Maleńkie ceramiczne miseczki , talerzyki, patery, szklane pojemniki z wieczkiem i miedziane patelnie wypełniane są po brzegi pożywnymi smakołykami.  Miód w plastrach i ten płynny malowniczo przybrany łyżką gęstej śmietany lub z utopionymi w nim orzechami. Jajecznica tudzież omlet rzadziej jajko na twardo a częściej zakamuflowane pomiędzy podsmażaną cebulą, papryką i pomidorem w menemen , tureckim odpowiedniku omletu. Intensywnie pachnący sucuk, pikantna suszona kiełbasa podsmażana na miedzianej patelni z dwoma uszkami  czy turecki bekon czyli pokrojona w cienkie plasterki pastırma. Łyżka żółtego masła, to najlepsze znad Morza Czarnego.  Świeże od tak pokrojone pomidory, ogórek i garść pietruszki. Karuzela z wyśmienitym pieczywem: pide, simit, biały chleb! A dla łasuchów trochę czekoladowej pasty. A do picia herbata w tulipanowej filiżance prosto z piętrowego czajnika i jeszcze świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. By wymienić tylko niezbędniki. A przecież jest jeszcze pikantne drożdżówki (poaça) czy frytki z wiejskich ziemniaków. Czasem skusi kogoś tahin (pasta z sezamu )i pekmez (syrop z winogron) podawane osobno lub w jednej miseczce do samodzielnego zmieszania albo bardzo słodki dżem o konsystencji gęstego syropu.


Nauczyłam się pochylać się nad każdą grudką koziego sera i porywanym w rękach świeży chleb. I dla mnie śniadanie jest świętem, kluczowym punktem każdego dnia, niezbędnikiem, a już nie byle czym, bo burczy mi w brzuchu, bo byle nie zemdleć w południe. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz