Trzepanie
dywanów, otrzepywanie okruchów z obrusów na balkonie. Wiejskie nawyki w wielkim
mieście. Tureckie gospodynie mają to do siebie, że zawsze znajdą jakąś
niewielką czynność, która w danym dniu musi zostać wykonana. Bezwzględnie.
Bezkompromisowo. Bezmyślnie? Tradycja
domu z ogrodem nie jest szczególnie widoczna w Turcji. Większość populacji
mieszka w dużych miastach, gdzie toczy się wartkie życie. Nawet rozsypane po
kraju wioski i niewielkie miasteczka w niczym nie przypominają tych znanych mi
z Polski. Zadbane ogródki, jakiś budynek gospodarczy na graty, grill z altanką.
Zupełnie nie po turecku. Tutaj dom stoi tuż przy następnym, kable elektryczne
zwisają niebezpiecznie nisko acz nonszalancko nad stara kanapą postawioną przy
drzwiach wejściowych, nie ma płotu; jakby to wszystko wokół było jednocześnie
nasze i niczyje. Podobne wrażenie ma się w wielkim mieście. Brzydkie bloki, różniące
się od siebie diametralnie (gdzie się podział lokalny planista?!) a jednak nie
różniące się wcale. Stoją jeden przy drugim oddzielone niewielkim pasmem
zieleni nazywanym tutaj mocno nad wyrost ogrodem. Na wsi, trochę jak przed
epoką industrialną w Europie, nie dba się przesadnie o obejście, kurz za okno,
stare obierki w kąt. Nie inaczej w mieście.
Bo nawet w mieście żyje się radośnie po wiejsku. Wnętrze domu jest
najczęściej wymuskane, lśniące czystością, bo przecież jest codziennie
doglądane przez panią domu, bo gości się nie oczekuje a jednak stale są. Czystość to
wprawdzie specyficzna, bo jednoznaczna z zagracaniem przestrzeni bibelotami,
trójkątami serwetek na odbiornikach telewizyjnych czy błyszczącymi ramkami na
zdjęcia i klasyczne reprodukcje. Trochę po wiktoriańsku. A jednak jest to zdecydowanie czystość,
świadczy o tym choćby prosty zwyczaj zostawiania obuwia na progu przed wejściem
do mieszkania. Wnętrze mojego domu to świątynia dosłownie i w przenośni.
Podkreślam jeszcze raz: wnętrze. To co dzieje się poza murami to chaotyczne
gromadzenie, przechowywanie i zaśmiecanie przestrzeni. Na balkonach pudła z tym
i tamtym, dawno zapomniane, stare pordzewiałe albo spróchniałe meble, zachwaszczone
roślinki. Podoba mi się dbanie o czystość (uwielbiam widok przewieszonych przez
balustradę balkonu schnących dywanów!), nie podoba zaś powierzchowność tej
czynności. Nie zrzucamy okruchów ze stołu na podłogę, ale już strzepywanie ich
na głowę sąsiadom jest jak najbardziej w porządku. Co ciekawe zarząd każdego
bloku w porozumieniu i za aprobatą mieszkańców ustala regulamin dopuszczalnych
i niedopuszczalnych zachowań, którego przestrzeganie ma zapewnić porządek i prawidłowe funkcjonowanie danej
komórki społecznej zagnieżdżonej nieco przypadkowo w domu z betonu. W praktyce
zasady pozostają zbitkiem słów zgromadzonym na papierze, jak zresztą każde w
Turcji. Ptaszysko tłumaczy mi, że po latach różnorakich dyktatów, Turcy
alergicznie reagują na jakiekolwiek zagrożenie, które w ich pojęciu
reprezentują prawa, regulaminy i kodeksy. Każde z nich ma według nich podwójne
dno. Stąd ta powszechna anarchia i stawanie plecami do najdrobniejszych zasad
porządkujących przecież życie codzienne, a nawet w moim mniemaniu podnoszących
komfort życia i poczucie bezpieczeństwa. Wszystko ma w Turcji swoje podłoże,
nie powinnam zatem poddawać się uczuciu zdziwienia a raczej znaleźć przyczynę,
próbować zrozumieć. Zresztą, widziałam już tu chyba wszystko, co dotyczy życia
codziennego a może i nawet publicznego.
Stąd zastanawiam
się właściwie dlaczego jeszcze zdziwił mnie wczorajszy widok starszej pani w narzuconej
nonszalancko na włosy chuście chlustającej obficie wodą brudną szufelkę
przechylając się za balustradę balkonu. Akt czyszczenia odbywał się wprawdzie
na pierwszym piętrze a brudna woda spływała obfitą strugą na ogród, ale mimo wszystko
nie znalazłam ani okruszka zrozumienia dla pani sąsiadki. Sądzę, że nie miałaby żadnych skrupułów,
gdyby jej balkon wychodził na ruchliwą ulicę czy tłoczny chodnik. Bo co to za
różnica skoro jest u siebie. Nadal też kiwam głową z dezaprobatą na sąsiadkę z
równoległego piętra bloku naprzeciwko, kiedy wystawia rękę za okno i z obojętnym
wyrazem twarzy potrząsa spodniami od piżamy a potem obrusem i jeszcze zakurzoną
ścierką. Niech kurz poniesie wiatr! I te jej zamknięte szklanymi panelami balony
zagracone zgromadzonymi przedmiotami tworzące iluzję dobrobytu. A nie
moglibyśmy być tak po sąsiedzku przyzwoici poza szybą okna czy granicą balkonu?
Turcy to przecież też znakomici gospodarze, przyjacielscy sąsiedzi, którzy
podzielą się z tobą ostatnią kromką chleba, zawiozą do szpitala, kiedy nie
jesteś w stanie prowadzić, przegonią złodzieja, zaproszą na herbatę i świeże
pachnące bułeczki z serem, przytrzymają drzwi, kiedy jesteś obładowany zakupami; do rany przyłóż i na ratunek. Dlaczego zatem sypią
mi na głowę popiół czy rzucają piorunami jedne na drugiego tak strasznie późno
w nocy? Ależ tak! Skóra cienka jak papier, przewrażliwione neurony, jędzowatość
charakteru – to ja, i moje naiwne rozumienie współistnienia. To cale nie oni. Ta ja. Biję się w piersi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz