wtorek, 28 kwietnia 2015

Naiwność sąsiedzka - wszyscy jesteśmy dla siebie

Trzepanie dywanów, otrzepywanie okruchów z obrusów na balkonie. Wiejskie nawyki w wielkim mieście. Tureckie gospodynie mają to do siebie, że zawsze znajdą jakąś niewielką czynność, która w danym dniu musi zostać wykonana. Bezwzględnie. Bezkompromisowo. Bezmyślnie?  Tradycja domu z ogrodem nie jest szczególnie widoczna w Turcji. Większość populacji mieszka w dużych miastach, gdzie toczy się wartkie życie. Nawet rozsypane po kraju wioski i niewielkie miasteczka w niczym nie przypominają tych znanych mi z Polski. Zadbane ogródki, jakiś budynek gospodarczy na graty, grill z altanką. Zupełnie nie po turecku. Tutaj dom stoi tuż przy następnym, kable elektryczne zwisają niebezpiecznie nisko acz nonszalancko nad stara kanapą postawioną przy drzwiach wejściowych, nie ma płotu; jakby to wszystko wokół było jednocześnie nasze i niczyje. Podobne wrażenie ma się w wielkim mieście. Brzydkie bloki, różniące się od siebie diametralnie (gdzie się podział lokalny planista?!) a jednak nie różniące się wcale. Stoją jeden przy drugim oddzielone niewielkim pasmem zieleni nazywanym tutaj mocno nad wyrost ogrodem. Na wsi, trochę jak przed epoką industrialną w Europie, nie dba się przesadnie o obejście, kurz za okno, stare obierki w kąt. Nie inaczej w mieście.  Bo nawet w mieście żyje się radośnie po wiejsku. Wnętrze domu jest najczęściej wymuskane, lśniące czystością, bo przecież jest codziennie doglądane przez panią domu, bo gości się nie oczekuje a jednak stale są.  Czystość to wprawdzie specyficzna, bo jednoznaczna z zagracaniem przestrzeni bibelotami, trójkątami serwetek na odbiornikach telewizyjnych czy błyszczącymi ramkami na zdjęcia i klasyczne reprodukcje. Trochę po wiktoriańsku. A jednak jest to zdecydowanie czystość, świadczy o tym choćby prosty zwyczaj zostawiania obuwia na progu przed wejściem do mieszkania. Wnętrze mojego domu to świątynia dosłownie i w przenośni. Podkreślam jeszcze raz: wnętrze. To co dzieje się poza murami to chaotyczne gromadzenie, przechowywanie i zaśmiecanie przestrzeni. Na balkonach pudła z tym i tamtym, dawno zapomniane, stare pordzewiałe albo spróchniałe meble, zachwaszczone roślinki. Podoba mi się dbanie o czystość (uwielbiam widok przewieszonych przez balustradę balkonu schnących dywanów!), nie podoba zaś powierzchowność tej czynności. Nie zrzucamy okruchów ze stołu na podłogę, ale już strzepywanie ich na głowę sąsiadom jest jak najbardziej w porządku. Co ciekawe zarząd każdego bloku w porozumieniu i za aprobatą mieszkańców ustala regulamin dopuszczalnych i niedopuszczalnych zachowań, którego przestrzeganie ma zapewnić  porządek i prawidłowe funkcjonowanie danej komórki społecznej zagnieżdżonej nieco przypadkowo w domu z betonu. W praktyce zasady pozostają zbitkiem słów zgromadzonym na papierze, jak zresztą każde w Turcji. Ptaszysko tłumaczy mi, że po latach różnorakich dyktatów, Turcy alergicznie reagują na jakiekolwiek zagrożenie, które w ich pojęciu reprezentują prawa, regulaminy i kodeksy. Każde z nich ma według nich podwójne dno. Stąd ta powszechna anarchia i stawanie plecami do najdrobniejszych zasad porządkujących przecież życie codzienne, a nawet w moim mniemaniu podnoszących komfort życia i poczucie bezpieczeństwa. Wszystko ma w Turcji swoje podłoże, nie powinnam zatem poddawać się uczuciu zdziwienia a raczej znaleźć przyczynę, próbować zrozumieć. Zresztą, widziałam już tu chyba wszystko, co dotyczy życia codziennego a może i nawet publicznego.

Stąd zastanawiam się właściwie dlaczego jeszcze zdziwił mnie wczorajszy widok starszej pani w narzuconej nonszalancko na włosy chuście chlustającej obficie wodą brudną szufelkę przechylając się za balustradę balkonu. Akt czyszczenia odbywał się wprawdzie na pierwszym piętrze a brudna woda spływała obfitą strugą na ogród, ale mimo wszystko nie znalazłam ani okruszka zrozumienia dla pani sąsiadki.  Sądzę, że nie miałaby żadnych skrupułów, gdyby jej balkon wychodził na ruchliwą ulicę czy tłoczny chodnik. Bo co to za różnica skoro jest u siebie. Nadal też kiwam głową z dezaprobatą na sąsiadkę z równoległego piętra bloku naprzeciwko, kiedy wystawia rękę za okno i z obojętnym wyrazem twarzy potrząsa spodniami od piżamy a potem obrusem i jeszcze zakurzoną ścierką. Niech kurz poniesie wiatr! I te jej zamknięte szklanymi panelami balony zagracone zgromadzonymi przedmiotami tworzące iluzję dobrobytu. A nie moglibyśmy być tak po sąsiedzku przyzwoici poza szybą okna czy granicą balkonu? Turcy to przecież też znakomici gospodarze, przyjacielscy sąsiedzi, którzy podzielą się z tobą ostatnią kromką chleba, zawiozą do szpitala, kiedy nie jesteś w stanie prowadzić, przegonią złodzieja, zaproszą na herbatę i świeże pachnące bułeczki z serem, przytrzymają drzwi, kiedy jesteś obładowany zakupami; do rany przyłóż i na ratunek. Dlaczego zatem sypią mi na głowę popiół czy rzucają piorunami jedne na drugiego tak strasznie późno w nocy? Ależ tak! Skóra cienka jak papier, przewrażliwione neurony, jędzowatość charakteru – to ja, i moje naiwne rozumienie współistnienia. To cale nie oni. Ta ja. Biję się w piersi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz