Czasami jestem nieznośnie nieznośna. Czasami. Powody są różne; od wierzchołków gór lodowych do rozdeptanego na płasko mrowiska. Wielkie i małe żałości. Coraz mniej czasu jednak zajmuje mi zapominanie. Kilka wyjątkowo intensywnych godzin jakiejś wewnętrznej szarpaniny, trzęsących się na wszystkie strony myśli i wracam do normalności. Z reguły ktoś musi jednak wyciągnąć do mnie rękę. Nie ruszę się ku lepszemu sama. Zadręczam Ptaszysko, doskonale o tym wiem, ale moje góry lodowe i ledwo widoczne mrowiska coś dla mnie znaczą. A kiedy coś ma znaczenie, niechciane zmiany w tym czymś zmieniają się w dramaty. Dramaty zaś zmieniają oprawę dnia w nieprzejrzystą szarzyznę a mnie w nieznośnie nieznośną babę jagę. I chciałoby mi się, żeby otoczenie wtórowało moim lamentom. Nad pękniętym paznokciem czy złamaną nogą. Jakie to niespotykanie egoistycznie podejście.
Doskonale wiem jak odwrócić karty na lepsze. Wiąże się to jednak z określoną interwencją Ptaszyska. Skąd jednak biedaczysko-Ptaszysko ma wiedzieć jakże ona wyglądać ma? Czy mogę od kogokolwiek wymagać, aby zachowywał się nienaturalnie czy wbrew sobie tylko dla mojej przyjemności?
Zastanawiam się nad tym po cichu, po burzy przy kubku zielonej herbaty z jaśminem. Ptaszysko mruczy coś mi do ucha. Jak dobrze może być, kiedy nie rozszarpują mnie sępy różnorakich trosk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz