Jak większość nacji na świecie Turcy wywodzą się z ludów nomadzkich. Plemiennio-wędrownicze tradycje w krajach rozwiniętych zdają się być wyparte przez osiadły tryb życia. Jednym z celów , do których niezmiennie dążymy jest postawienie domu, zasadzenie drzewa i założenie rodziny, co jednoznacznie interpretujemy jako zapuszczenie korzeni w jakimś przyjemnym miejscu. W rozwijającej się w ekspresowym tempie Turcji jest oczywiście podobnie. Osiągnięcia pewnego statusu dobrobytu i zapewnienie nieprzerwalnego rozwoju gałęzi drzewa rodzinnego stają się absolutnym priorytetem w pewnym momencie życia. Wcześniej czy później. Czy oznacza to jednak, że musimy ograniczać się do jednej przestrzeni? Absolutnie nie!
Jednymi z najczęściej rzucających się w oczy w Turcji słów są „satılık” („na sprzedaż”) i „kiralık” („do wynajęcia”) . Oba dotyczą mieszkań, domów czy ziemi.
Magię przeprowadzek widać gołym okiem. Prowadząc mało naukowe obserwacje z balkonów naszego mieszkania nr 20 na 10 piętrze osiedla Rehber doszłam do zaskakujących wniosków.
Choć pasaże bloków i wieżowców ciągną się tu po horyzont i oczywistą oczywistością jest, że tysiące mieszkań przechodzi tu od czasu z rak do rąk, mimo to częstotliwość z jaką Turcy się przeprowadzają jest dla mnie zaskakująca. Puste mieszkania z ogłoszenia bez problemów znajdują nowych lokatorów. W ciągu 3 tygodni w 5 tylko (szybka poprawka – właśnie ktoś wyprowadza się z 13 piętra naszego bloku!) mieszkaniach w blokach na naszym osiedlu pojawili się nowi lokatorzy lub ktoś się wyprowadził. Średnia mówi sama za siebie. Osiedle zresztą co tu kryć nieszczególnie atrakcyjne. Ot takie zwyczajne sąsiedztwo. Co jeszcze ciekawsze, to nie jest najtańszy interes. Turcja to nie Japonia. Przestrzeni tu jest pod dostatkiem, a zatem kawalerek czy M3 ze świecą szukać. Dostępne wyłącznie w ogromnych rozmiarach mieszkania są drogie i prawie zawsze wymagające wkładu pracy w ich renowacje. Nic to dla Turka. Mało tego, w dobrym tonie (a właściwie absolutnie wskazane, a wręcz normalne) jest posiadanie domu na lato. Celowo unikam określenia „domku letniskowego”, bo Turek nie spędza upiornych upałów w pięknej drewnianej chatce nad morzem na modłę norweskich „cabins”, ale w niemal bliźniaczym blokowisku, jak to, w którym przebywa przez większą część roku. Oczywiście mieszkanie to wyróżnia się widokiem na morze i nadmorskim parkiem, do którego można zejść w parny wieczór napić się lemoniady. Nie wygoda czy spokój ma tu znaczenie, a widoki za oknem. Na dowód tego przykład: nasi znajomi posiadają urokliwy duplex za miastem, z ogrodem i tarasem. Ich letni dom, do którego tęsknią niezmiernie zimą to wielkie pudełko w jeszcze większym pudełku w sercu miasta. Pani Mama za to latem ucieka „w góry”. Trochę inaczej już, bo na co dzień mieszka w rodzinnej kamienicy a najcięższe upały spędza w nadgryzionej zębem czasu chatynce z niewielkim sadem chłodzonej naturalnym górskim powietrzem. Mocno ukrytej zresztą w równie mocno ukrytym miasteczku.
Turcy to bez wątpienia współcześni nomadowie nadający tradycji nowe oblicze nie zdając sobie zapewne nawet z tego sprawy. Są jednak i tacy, którzy nadal wędrują z dobytkiem na przeciążonych barkach osiołków i wielbłądów; ich życie zdeterminowane przez zmieniające się pory roku i terminy żniw. Jednych i drugich łączy przekonanie o zwyczajności zmian.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz