Nie było mi łatwo. Dwanaście miesięcy temu. Ale musi stać się łatwo lub
- mniej optymistycznie – łatwiej. Właściwie wcale się nie przygotowuję; nie
myślę, ale i myśli nie przeganiam, nie adaptuję ciała i umysłu – mają własną
nieodgadniętą zdolność regeneracji po czymś niedobrym. Mogę nazwać Kurban Bayram niedobrym? Nie
powinnam, przecież nie mnie potępiać tradycję. Tę tradycję. W tym roku jestem
przygotowana, bo już wiem czego spodziewać. Bo w tym roku chowamy się za
kurtyną.
Święto Ofiary to tradycja jak potężne drzewo zakorzenione aż po jądro
ziemi. Niezmienne przy tym. Najważniejsze bez dwóch zdań. Święto utartych rytuałów. Krótko i bez przymiotników-ozdobników: każda rodzina składa Bogu
fizyczną ofiarę z kozy, krowy czy owcy upamiętniając tym samym ofiarowanie
Izaaka przez jego ojca, Abrahama. I rzeczywiście, jak zapisane w starych
księgach czy tradycji ustnej, tak też się dzieje. Ofiara dzielona na trzy
części trafia odpowiednio do potrzebujących, przyjaciół czy też sąsiadów, i
wreszcie w pozostałej części do samego ofiarodawcy. Dla mnie ma to sens i w pełni spełnia swoją duchową rolę. Zbożne czy też dla mniej zdeklarowanych,
charytatywne znaczenie, które już dawno przyblakło w odniesieniu do Bożego
Narodzenia czy Wielkanocy. Znak czasów w Starym Świecie, gdzie żywa historia w
Moim Nowym Świecie. Choć i ten Świat pokazuje, że historię można adaptować do
nowej rzeczywistości.
W światłach wielkiego miasta, nieunikniony halal zwierząt
(śmierć według zwyczajowych przykazań) czy też bardziej profesjonalnie – rytualny ubój,
odbywa się z dala od naszych oczu, z dala od nas. Placówki dobroczynne, rządowe
instytucje czy też np. komercyjne sieci supermarketów organizują ”ofiarę” w
naszym zastępstwie. Wystarczy pokryć koszty zakupu zwierzątka i usług fachowca.
Paczka z już niejako złożoną ofiarą trafia pod sam próg naszego domu, często
odpowiednio uszczuplona o część przeznaczoną dla biednych. Wygodnie (z
odpowiednią dozą sarkazmu w głosie)? Raczej pomocne bez kiwania głową czy
dezaprobującego uśmieszku. Tak, tegoroczne święta spędzamy z Ptaszyskiem za tą
właśnie kurtyną.
Dwanaście miesięcy temu nie było łatwo. Powtarzam się. Owszem. Jest ku
temu powód. Zeszłoroczne Święto Ofiary spędziliśmy na tureckiej wsi z całym jej
„inwentarzem” – dobrodziejstwami i brutalną szorstkością. Miejsce, w którym
czas zatrzymał się na dłużej. Owieczki cieszące się ostatnim wdechem i wydechem
w przylegającym ścianą do domostwa niedużym budynku gospodarczym, „idą do nieba”
w pobliskim ogrodzie. Jak dawniej i bezwątpienia według zwyczajowych przykazań.
Kobiety przebrane za pracowite wieśniaczki już rozpalają palenisko, bo przecież
tuż obok piętrzą się nieubłaganie kolejne kawałki mięsa. Ktoś przygotowuje
prowizoryczny stół, gdzieś zapachniało wiejskimi plackami chleba. Czas na
rodzinną ucztę. Czas na celebrację faktu, że możemy sobie na pewne
dobrodziejstwa pozwolić. I czas się nimi
hojnie podzielić. Bo jest nas wokół sporo. I każdy z nas zasługuje na ową empatię jaką niesie ze sobą przesłanie święta, jak i chwilę łakomstwa raz
do roku. Do tego nie potrzebny nam słownik; ani wyrazów obcych ani tych
bliskoznacznym.
Ale nie było łatwo. Czy to ze względu na nieuniknioną aczkolwiek zawsze
niewidoczną brutalność mojego
mięsożerstwa? Czy może na obcość postaci i tradycji (nikt nie ubiera się odświętnie,
świąteczny stół stoi niezasłany białym obrusem)? Po części tak. Najbardziej jednak z powodu czasu; jakbym mrugnęła powieką i już jestem „kiedy
indziej”, a przecież to tak niedawno. Czas rozwija nas w pewnym kierunku. W
Polsce dostosowujemy się do „szybkozmiennej” melodii, z roku na rok robimy te
same rzeczy inaczej, na nowo. W Turcji mrugam i jest „na staro”, jak dawniej.
Nieco przytłaczające uczucie. Ale jestem przecież Polką – już zaczynam podążać
nową melodią


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz