czwartek, 18 grudnia 2014

Kto tu sprząta?

Czuję się nieswojo wyrzucając precz domowe odpady organiczne. Czytam etykiety na opakowaniach, które następnie zgodnie z danymi etykietami sortuję. Przetwarzam. Oszczędzam. Znajduje ponowne zastosowanie. A kiedy mi  się nie udaje, kiedy się zapominam, dręczą mnie wyrzuty sumienia. Na zachodzie (a wydaje mi się, że jestem jednak człowiekiem z zachodu) systematyzujemy, głowimy się, komplikujemy dla wyższego dobra. Tworzymy tabele, niejasne zależności w tak prozaicznych czynnościach jak śmiecenie a raczej nieśmiecenie. Na dłuższą metę ma to oczywiście głębszy sens, bo wyrabianie nawyku, bo rozbudzanie świadomości, bo budowanie poczucia odpowiedzialności i dobrego samopoczucia. „Moje czyny coś znaczą. Ja robię różnicę.”
Za to w Turcji dominuje zwyczajna przedsiębiorczość. Ludzie na rowerach czy też złożonych z pozornie nieprzystających do siebie części wehikułach (motocyklach?), za którymi ciągną się szkielety przyczepek ubrane w dwa wielkie worki – jeden na plastik, drugi na makulaturę – ekologia po turecku. Panowie i niestety często małoletni chłopcy, którzy powinni być w tym czasie w szkole, uzbrojeni w długie pogrzebacze, nie-odświętne ubrania i (rzadziej) rękawice ochronne zatrzymują swoje pojazdy przy osiedlowych kubłach na odpady i nieprzytomnym wzrokiem przeczesują śmieci  w poszukiwaniu plastiku i makulatury właśnie. Często robią to gołymi rękoma nieczuli zdaje się już na nieprzyjemną teksturę i zapach . Proste rozwiązanie. Ekonomiczne, bo to praca, więc „przeczesywacze” zarabiają w ten sposób na chleb; ekologiczne, bo posortowane w ten sposób śmieci zostaną dostarczone w odpowiednie miejsce, gdzie ulegną przetworzeniu. Nie wszyscy przyklaskują panom (rzadziej paniom) z pogrzebaczami. Ktoś zarzuca im, że podczas pracy rozrywają worki na śmieci robiąc tym samym większy bałagan kuszący bezpańskie koty do buszowania w otwartych torbach w poszukiwaniu resztek jedzenia. Malkontenci? Cóż, racja jak zwykle leży po środku.

Zbieraczom, z kolei (kolejnej grupie robotników zarabiających na ochronie środowiska) trudno cokolwiek zarzucić. Hm, może jedynie dość monotonną hałaśliwość. Codziennie z megafonów ślimaczących się półciężarówek dobiega przeciągłe „Eskiciii…” i następująca po nim litania sprzętów, których panowie złomiarze chętnie pozbędą się w naszym imieniu. To poważny biznes podzielony na branże: są zbieracze mebli i materacy, są ci od sprzętu elektronicznego, są ci od metalu, i wreszcie zbieracze wszystkiego. Ci od metalu podróżują pieszo pchając przed sobą sklecony gdzieś w garażu z niczego wózek o płaskim dnie, podobny do tych, których używają sprzedawcy owoców, kasztanów czy ciepłej kukurydzy. I to oni nadają kolorytu ulicy, bo intonują swoje pokrzykiwania w taki sposób, że nawet nie rozumiejąc, co tak naprawdę mają do powiedzenia, nie mylimy się. Wiemy dokładnie kim są. Na podobieństwo wędrownych sprzedawców precli (simitci), zajmuje to nieco czasu zanim sam dźwięk a nie treść wypowiedzi zaczniemy identyfikować z osobą go wydającą, ale do owych pokrzykiwań naprawdę da się przywyknąć.

 Pomysł i zwyczajne szybkie rozwiązanie. To cechuje niemal każdą dziedzinę życia w Turcji. Nikt się nie pacykuje, nie ogłasza przetargów, a że nie dba o transparentność? A kogo obchodzi to w Polsce? Ciekawe pomysły Turków w dziale ochrony środowiska idą swoją drogą – raz to powolny spacer (brak kontenerów na segregowane śmieci czy pojemników na przeterminowane leki), raz innowacyjnym kłusem (kartonowe pudła na zużyty papier w biurach, czy skrzynki na butelki zużytego oleju jadalnego). Śmieciarze i złomiarze są już niewidzialnym elementem znajomego krajobrazu. Drzewa w lesie, który widzę codziennie z okna.

Zdjęcia: pondfrogsplash.blogspot.com, panoriamio.com, bezhaber.blogspot.com 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz