piątek, 15 sierpnia 2014

Florysta (nie)artysta

Tylko dzikie kwiaty są w Turcji piękne. No masz! Pierwsze zdanie i już zaczepiam, coś mi się nie podoba. Prosto z mostu. Prosto w twarz… Niezupełnie. Dzikość natury w Turcji obezwładnia, ponieważ jest jaskrawie skontrastowana z nowoczesnością. Szkoda, że jest jej coraz mniej. Natury rzecz jasna. Zurbanizowany krajobraz miast i miasteczek fluorescencyjnie bije po oczach. I dokładnie w tej ciemnocie oczu widać doskonale jak znakomicie tworzy natura. Kolory soczyste a jednak smakowite w bardzo wyrafinowany niewymuszony, nieco stonowany sposób. Naturalnie zwyczajnie. Pogoń przymiotników! Nie potrafię inaczej skoro te żywe obrazy („żywe natury”?) przyrody wyraźnie kontrastują z ludzką kreatywnością, która ten wysublimowany wyścig przegrywa sromotnie. A przegrywa dlatego, że czepia się desperacko, z psychopatycznym wręcz poczuciem racji błyszczącej nie-błyskotliwej stylistyki. Prozaiczny przykład tureckiej kwiaciarni doskonale ten trend ilustruje. Tutejsza florystyka jest wyraźnym przeciwieństwem natury. Odwraca się do niej plecami i robi swoje, w jej mniemaniu lepsze. Wiecznie żywe brokatowe pokraki. Tak, mam na myśli sztuczne, a jeśli już żywe to zdecydowanie nie prawdziwe kwiaty, ubrane w bukiety, których nie można nawet wstawić do wody. Wetknięte w piankę, obciążone kożuchem srebrnego pyłu, misterne kompozycje umierają bardzo szybko, tuż po ścięciu. Są też przedziwne wieńce na krepie, i są pluszaki czy plastikowe ornamenty przytłaczające i tak już zmarnotrawione kwiaty.



Nieliczni balkonowi ogrodnicy chwytają się brzytwy kwiatów doniczkowych, pięknych prostych pelargonii czy pomarańczowych turków gnieżdżących się to tu to tam w niewielkich pęczkach . Zamykam oczy i widzę falujące na wietrze dramatycznie przerzucone przez balkonowe barierki kolorowe naręcza śledzące mnie, kiedy spaceruję. Obrazek z ojczyzny nr 1. W tej drugiej na balkonach faluje pranie… Tłumaczę to ogorzałym klimatem i bez dwóch zdań chylę czoła nad próbami ozielenienia otoczenia przez mieszkańców. Ale te krzykliwe kwiaciarniane produkty kwiatopodobne? Brrrr… Na szczęście jest Ptaszysko z garścią nagich nagietek czy gałązek pachnących kwiatem pomarańczy. I nasz balkon w lutym kwitnący koncertowo setkami fuksji. I są jeszcze uliczni handlarze żółtych narcyzów, i jeszcze nieznane mi z nazwy drzewo przed domem oplecione bezlitośnie sznurem fioletowego kwiecia. Choć tyle to już sporo.

Zdjęcia: sincan.meb.gov.trwww.maltepecicekci.gen.tr

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz