Tylko dzikie kwiaty są w Turcji piękne. No masz! Pierwsze zdanie i już
zaczepiam, coś mi się nie podoba. Prosto z mostu. Prosto w twarz… Niezupełnie. Dzikość
natury w Turcji obezwładnia, ponieważ jest jaskrawie skontrastowana z
nowoczesnością. Szkoda, że jest jej coraz mniej. Natury rzecz jasna. Zurbanizowany krajobraz miast
i miasteczek fluorescencyjnie bije po oczach. I dokładnie w tej ciemnocie oczu
widać doskonale jak znakomicie tworzy natura. Kolory soczyste a jednak
smakowite w bardzo wyrafinowany niewymuszony, nieco stonowany sposób. Naturalnie
zwyczajnie. Pogoń przymiotników! Nie potrafię inaczej skoro te żywe obrazy („żywe
natury”?) przyrody wyraźnie kontrastują z ludzką kreatywnością, która ten wysublimowany wyścig przegrywa sromotnie. A przegrywa dlatego, że czepia się desperacko, z
psychopatycznym wręcz poczuciem racji błyszczącej nie-błyskotliwej stylistyki. Prozaiczny
przykład tureckiej kwiaciarni doskonale ten trend ilustruje. Tutejsza
florystyka jest wyraźnym przeciwieństwem natury. Odwraca się do niej plecami i
robi swoje, w jej mniemaniu lepsze. Wiecznie żywe brokatowe pokraki. Tak, mam
na myśli sztuczne, a jeśli już żywe to zdecydowanie nie prawdziwe kwiaty,
ubrane w bukiety, których nie można nawet wstawić do wody. Wetknięte w piankę,
obciążone kożuchem srebrnego pyłu, misterne kompozycje umierają bardzo szybko,
tuż po ścięciu. Są też przedziwne wieńce na krepie, i są pluszaki czy plastikowe ornamenty przytłaczające i tak już zmarnotrawione kwiaty.
piątek, 15 sierpnia 2014
Florysta (nie)artysta
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz