czwartek, 3 listopada 2011

Karą niech będzie 41 tysięcy kobiet

Wydarzenie wyjątkowe; podobno pierwszy raz w historii, na świecie (przynajmniej jedyny taki udokumentowany przypadek a bez wątpienia na taką skalę). Genialny w swojej prostocie pomysł. Choć miało być za karę, okazało się być prezentem. Po nieładnej chuligańskiej zadymie po towarzyskim meczu z ukraińskim Szachtarem Donieck turecka federacja piłkarska zamknęła stadion otoczonego iście mistycznym kultem Fenerbahçe Istanbul. Zasłużona kara dla buńczucznych zwartych i gotowych tureckich kiboli. Turecka myśl techniczna nie takie „tragedie” obracała już w „złoto”. 20 września 2011 nie łamiąc zakazu stadionowego władze klubu wypełniły stadion niemal po brzegi. Klub rozdał ponad 41 tysięcy darmowych wejściówek dla zapaleńców mających ochotę obejrzeć jedną z ligowych potyczek Fenerbahçe tym razem z przyjezdnym Manisasporem. Kruczek? Ależ skąd. Warunek? Jak najbardziej. O bilety mogły ubiegać się wyłącznie kobiety i dzieci do lat 12!


Już na 2 godziny przed meczem tłum pięknie umalowanych i przebranych w klubowe barwy (nomem omen żółto-granatowe, nachalnie kojarzące mi się z flagą Ukrainy) tłoczyło się przed wejściem na stadion. Odprowadzanie przez rozczarowanych i wściekłych jak dzikie wilki mężów, narzeczonych, partnerów, wujków, braci, dziadków i nastoletnich synów za nic miały sobie pogardliwe uśmieszki ochrony, obsługi czy złośliwych komentatorów silących się na niefajne dowcipy o kurach domowych wypuszczonych na nieznany teren. Z czasem okazało się, że kobiety trzymały w zanadrzu tajną broń: absolutnie szczery entuzjazm i uwielbienie dla piłkarskiego widowiska. Wrzeszczały już przy rozgrzewce i nie przestały aż do nieco rozczarowującego wynikiem (1:1) końca meczu, wprawiając tym w o(g)słupienie niemogących powstrzymać nieco szowinistycznych uśmieszków piłkarzy.


Zapewne to onieśmielenie miało wpływ na nudnawą i miałką grę Feneru w pierwszej połowie rozgrywki. Zamiast tubalnych gangsterskich i z pewnością niecenzuralnych okrzyków i przyśpiewek, kobietki i przed-mutacyjna dziatwa zafundowały swoim idolom okrzyki i klubowe przyśpiewki (pewnie i nieco pikantne) w falsecie i sopranie. I cóż z tego, że często gęsto kąśliwy operator wyłapywał niewiasty pochłonięte czynnościami odbiegającymi znacznie od standardowego dopingu: tradycyjne rozmowy przez telefon komórkowy (oj, z pewnością temat na osobny artykuł o tureckich przypadłościach), uporczywe poprawianie fryzury, wciąganie kolejnej bagietki czy simita, a nawet ploteczki z plecami zwróconymi w stronę walczących zaciekle na pooranej korkami murawie. Należy jednak oddać mu sprawiedliwość – zabawił się kosztem obu płci. Wyłapał na przykład sprawnym okiem kamery ukrytego pomiędzy niewiastami na trybunach – o zgrozo! – mężczyznę! Nieznajomy okazał się jak najbardziej uprawnionym do wejścia na stadion osobistym trenerem jednego z graczy. Co też robił na trybunach zamiast ławki rezerwowych? Stawiam na czysto męską (w sułtańskim stylu zresztą, jeśli zgodzimy się na lokalny koloryt) chrapkę na bycie otoczonym kobiecym towarzystwem.
Pozostali panowie? No cóż, zawiedli na całej długości. Stłumieni na ulicach pod stadionem i w okolicznych kawiarniach, kebab-barach i restauracjach oddawali się przyjemności „zadymiania”. Race i tłuczone szkło stanowiło jeszcze jeden dowód na to, że dobrze się stało, kiedy stadion oddano kibicom. A że to kobiety i oseski… Ten jeden raz wygrały pokój, miłość i… sport (prawie jak rock’n’roll).


Na deser zwięzły komentarz sprawozdawcy telewizyjnego z drugiej połowy meczu (pewnie tuż po przerwie):
Do naszej budki reporterskiej wparowało przed chwilą dzieciątko prosząc bez płaczu, ale i też bez pardonu wołając:
- Zgubiłem się, pomożecie mi znaleźć moją mamę?

(Zdjęcia: www.dha.com.tr, www.365gunspor.com, www.sportbild.bild.de)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz