Okupowany zazwyczaj przez bałaganiarskich i hałaśliwych piknikowiczów park zakorkował tłum miłośników pomarańczy i cytryn, grejpfrutów i mandarynek. Platformy z bajkowymi „rzeźbami” z cytrusów. Zapach świeżo wyciśniętego soku unoszący się tuż na wysokości nosa. Parkowa architektura opakowana w pomarańcze i cytryny.
Jak łatwo te wszystkie elementy atakujące natrętnie zmysły wprowadzają pierwiastek radości w zwyczajny dzień. A przecież skalkulowane są na bardzo przeciętny gust. Na zbiorowość. W tym ich siła; wtapiają jednostkę w zbiorowość. Niezależnie od szerokości geograficznej i poziomu wykonania.
Dociera to do mnie dopiero minuty po godzinach odstanych na europejsko-afrykańskich występach folklorystycznych. Stopa mimowolnie wystukuje rytm. Ciało kołysze się rytmicznie. Porywa mnie magia kaukaskiego tańca. Rozwesela bębniarz Kosowianin. Rozedrgane koszmarną prędkością biodra i kolana tancerzy z Ghany nie dają odpocząć oczom.
Dałam się zmanipulować!
A jednak podoba mi się to. Interesuje. Aktywuje odkrywczość. I tak, rozbawia i relaksuje. Zwłaszcza kiedy „ dzień po” wędrujemy nieśpiesznie z Czarnym Ptaszyskiem pustymi już uliczkami tego samego parku wymieniając porozumiewawcze pełne dezaprobaty spojrzenia na widok bandy wyrostków pakujących cytrusowe aplikacje do plastikowej torby, czy dziadka usiłującego zaanektować do kieszeni jak największą ilość gumek recepturek przytrzymujących dekoracje na właściwym miejscu.
Takie to polskie – myślę. Takie to tureckie – szepce mi do ucha Czarne Ptaszysko.
I w tym też magia jarmarcznej zabawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz