czwartek, 24 listopada 2011

trzy

Zbudowani jesteśmy ze zwyczajów, nawyków i rytuałów. Ja i Czarne Ptaszysko. Nawet kiedy łamiemy zasady i spontanicznie dajemy się ponieść przygodom – małym i dużym, wpisujemy się w pewien schemat. Czy coś w tym złego? Absolutnie nie! Bawimy się w tę układankę poznając się, nabierając doświadczeń i… nowych nawyków. To trochę jak zapamiętywanie wiersza – linijka po linijce uczę się jaki wersy następują po sobie. I mylę się. I zacinam. I chce mi się rzucać książką. Ale po opanowaniu całego utworu jest mi błogo i mam ogromną satysfakcję z jego cytowania. Tak jak z wierszem, dumą napawa, kiedy potrafię dokończyć rozpoczętą przez Czarne Ptaszysko frazę.
Nie mogę nie podać przykładu. Tak mnie brzydko korci.
Zasypianie. Nie moje, Czarnego Ptaszyska rzecz jasna. Kołdra pod szyję, 20 sekund leżenia bez ruchu i zaczyna się karuzela: najpierw obroty w każdą z możliwych stron. No tak, przecież może to wina poduszki. A zatem klepanie, odwracanie, przesuwanie Bogu ducha winnej poduchy. Oczywiście towarzyszą temu ciche pomrukiwania: „Co się dzieje z tym łóżkiem?”. Po uzyskaniu odpowiedniego poziomu opatulenia (nasze pierwotne pragnienie powrotu do stanu embrionalnego?), Czarne Ptaszysko otwiera leciutko usta i głośno wypuszcza powietrze. Jeszcze mała chrypka, zwilżenie gardła i Ptaszysko śpi. Wiem, bo chrapie koncertowo.
Nasz ostatni świadomy kontakt przed porankiem – delikatnie podrapuję dłoń Ptaszyska. Zrozumiał. Przechyla nieco głowę. Teraz może oddychać swobodnie i po cichutku.
Niby nic a jednak radośnie mi z tą wiedzą.
A moje przyzwyczajenia? Biedaczysko to Ptaszysko!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz