środa, 23 listopada 2011

dwa

Ósma rano. Słońce niecierpliwie przegryza zasłony. Otwieram oczy. Nie daję sobie przyjemności niemyślenia. Czasem tak mam; myśl goni myśl zanim w ogóle dotrze do mnie, że spałam a teraz jest nowy dzień. To musi być świadectwo skondensowanej energii prężącej muskuły w akumulatorze ludzkiego ciała o poranku. Później jest już tylko gonitwa stopniowo zwalniająca tempo, kiedy słońce ma już dość (gdzieś w granicach piątej po południu).
Wstaję. Dopada mnie pragnienie codziennej krzątaniny. Coś dzisiaj zmienię. Jakiś mebel w inne miejsce. I moussaka. Morze Śródziemne za oknem zobowiązuje.
I rzeczywiście zanurzam się ochoczo w wir codzienności. Odkurzacz w ruch! Kurzowi „nie”! Pranie na balkon a moussaka do piekarnika.
Później kilka chwil na poczytanie. Czarne Ptaszysko zaraz wróci. Usiądziemy sobie razem do obiadu, wymienimy kilka spojrzeń, uśmiechów, myśli i będzie jak najlepiej. Tak jak lubimy.
Najwyraźniej nie należy mi się spokój ducha, bo za chwilę telefon od Mamy. Coś nie tak z tłumaczeniem – czegoś brakuje, coś ktoś poknocił, ktoś inny nie rozumie.
I choć Czarne Ptaszysko już w domu, to zupa stygnie, moussaka spala się w piekarniku; coś będzie zimne, coś za gorące i cały smak ranka ulotni się w kłębach chmur.


Dzięki Bogu mamy jeszcze wieczór i ciepłą herbatę do domowych ciasteczek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz